Żakowski w felietonie „Seks za pracę i tekst za kasę” („Gazeta Wyborcza”, 26 października) pisze: „Gdyby tak wyglądały
studia w Polsce, »Gazeta « nie musiałaby tworzyć lipnej uczelni. Mogłaby ją opisać”.
"Gazeta" obszernie opisywała łódzką Akademię Humanistyczno-Ekonomiczną, której odebrano prawo prowadzenia kierunków informatyka i zarządzanie, bo część zajęć była fikcyjna, brakowało nauczycieli akademickich, uczelnia utworzyła mnóstwo ośrodków zamiejscowych bez zgody Ministerstwa Nauki.
Opisaliśmy warszawską Europejską Wyższą Szkołę Prawa i Administracji, która również bez zgody ministerstwa stworzyła sieć placówek zagranicznych, gdzie oferuje się forsowne studia poza kontrolą Państwowej Komisji Akredytacyjnej.
Lipną uczelnię wymyśliliśmy więc nie dlatego, że nie potrafimy opisać podobnych przypadków, lecz by pokazać, dlaczego studenci w taką fikcję wchodzą. Odpowiadając na naszą ankietę, najczęściej zdradzali jeden motyw - nie zależy nam na wiedzy, chcemy tylko dyplomu.
Wniosek: nie tylko studia mogą stać na niskim poziomie, ale i studenci mogą po prostu niewiele od uczelni wymagać.
Nieprawdziwa jest teza Żakowskiego, że "taką fikcją studia bywają w innych krajach świata, ale nie w Polsce".
Żakowski pisze: „System akademicki jest wyjątkowo odporny na oszustwa. Gdyby akcja potrwała parę dni dłużej, naciskana przez profesorów minister Kudrycka musiałaby skierować do »uczelni « kontrolę”.
Otóż skandalem byłoby dopiero, gdyby uczelnia, która nie ma programu, kadry, zezwoleń, nawet adresu i która oferuje nielegalną ofertę, nie wzbudzała podejrzeń środowiska naukowego. To nie żadna "wyjątkowa odporność na oszustwa", lecz wyłapanie bezczelnego absurdu, i to podanego wielką reklamą w poważnym dzienniku.
Czy gdyby policjant - przechodząc koło banku, gdzie faceci w maskach ładują pieniądze nad skutymi kasjerkami - wszedł do środka, Żakowski napisałby, że policja wykazała "wyjątkową odporność na złodziejstwo"?
Jacek Żakowski nie zwrócił uwagi, że profesorowie potraktowali naszą lipną uczelnię poważnie. Naprawdę chcieli kontroli! Dlaczego tak łatwo uwierzyli w ten uczelniany gniot? Może uznali, że wszystko już jest możliwe?
Żakowski pisze: "Ludzie też okazali się lepsi. Mniej zorientowani gotowi byli umówić się na spotkanie, ale większość pewnie by odrzuciła ofertę, gdyby się dowiedziała szczegółów". To o naukowcach, którzy chcieli u nas wykładać.
Ależ oni wiedzieli, że żadnych szczegółów nie było. Wiedzieli, przysyłając swoje
CV poprzez stronę internetową lipnej akademii, na której wpisaliśmy tylko bzdurne hasła. A pewien wykładowca politologii zapewniał, że udźwignie czwarty etat.
"Paręset zgłoszeń to kropla w skali kraju, gdzie są dwa miliony studentów" - pisze Żakowski o pół tysiącu kandydatów na studentów naszej "akademii". Szczerze mówiąc, nie wiemy, ilu naprawdę było chętnych. Skrzynka mailowa zapchała się trzeciego dnia, a liczba nieodebranych połączeń też poszła w setki. Podaliśmy liczbę, której byliśmy pewni.
Nie o liczbę wszakże chodzi, lecz motywację. Nawet gdyby zgłosiło się dziesięć osób, a osiem chciałoby tylko dyplomu, a nie żadnej wiedzy, proporcje dawałyby do myślenia.
Jacek Żakowski porównał prowokację dziennikarską do akcji CBA. W imieniu Żakowskiego napiszemy więc do amerykańskich dziennikarzy, którzy postawili lipny bar, by pokazać korupcję urzędników, albo do dokumentalistów z Czech, którzy nagonili tysiące ludzi do makiety hipermarketu, by pokazać siłę reklamy, albo do niemieckiego reportera, który zatrudnił się w "Bildzie", by brukowca zdemaskować... Koledzy - napiszemy do nich - porzućcie ten stary gatunek dziennikarski, bo u nas to robi SiBiEj.
Takiego nonsensu nie spodziewaliśmy się po Jacku Żakowskim, który wykłada dziennikarstwo w Collegium Civitas i jakość naszego zawodu leży mu na sercu.