Największy od lat studencki protest w Austrii trwa już piąty dzień. A zaczął się niepozornie na elitarnej wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych. Grupa 50 studentów i kilku profesorów zaczęła okupację auli, protestując przeciwko polityce ministerstwa nauki. "Na sztuce nie wolno oszczędzać" - ogłosili na transparentach.
W czwartek w odruchu solidarności przed swoją uczelnią wyszli demonstrować ich koledzy z Uniwersytetu Wiedeńskiego. "Chcemy miejsc na studiach dla wszystkich", "Studia za darmo!" - skandowali. Gdy nikt z władz nie chciał z nimi rozmawiać, tłum studentów wtargnął do głównej auli uniwersytetu. Budynek natychmiast otoczył kordon policji, która jednak nie interweniowała.
W piątek protest rósł dalej, bo przyłączały się do niego kolejne stołeczne uczelnie. Po południu tysiące młodych ludzi demonstrowały też w centrum miasta, paraliżując ruch uliczny. Protest wylał się zresztą poza Wiedeń - studenci zajęli jeden z budynków na uniwersytecie w Grazu. Zapowiadają też okupacje w innych miastach.
W Wiedniu rektorat wyliczył, że protestujący wyrządzili straty na 50 tys. euro. W powietrzu wisi groźba, że
policja opróżni aulę siłą. Studenci są jednak nieugięci - w auli przesiedzieli cały weekend.
Młodzi ludzie protestują przede wszystkim przeciwko egzaminom wstępnym, które na najbardziej popularnych kierunkach postanowił za przyzwoleniem rektorów wprowadzić minister nauki Johannes Hahn. Oburza ich też pomysł wprowadzenia czesnego a także "ekonomizacji" uczelnianych budżetów, która sprowadza się generalnie do skrócenia nauki. Hahn chce w ten sposób uchronić austriackie szkolnictwo wyższe przed zawałem.
Uniwersytety nad Dunajem mają z powodu kryzysu duże problemy finansowe. W dodatku zalewają je masowo
Niemcy, którzy w rodzinnym kraju mogą dostać się na medycynę czy komunikację społeczną tylko z bardzo wysoką średnią na maturze. W Austrii na studia przyjmuje się wszystkich chętnych.
Niemcy wykorzystują tę furtkę, składając papiery w Wiedniu czy Innsbrucku. Na tamtejszych uczelniach wykłada się po niemiecku, a w dodatku Niemcy twierdzą, że nauka w Austrii jest o wiele przyjemniejsza. "Atmosfera jest luźniejsza, wykładowcy mili i uczynni" - pisze jeden z studentów na forum internetowym. Nie przeszkadza im nawet to, że w międzynarodowych rankingach uczelnie nad Dunajem wypadają zdecydowanie gorzej niż te znad Renu.
W ostatnich latach zjawisko nabrało tak masowego charakteru, że mówi się wręcz o "niemieckiej inwazji". Tylko w 2007 r. na austriackie uczelnie zapisało się ponad 28 tys. Niemców. Prawie co 10. student w Austrii to Niemiec. Danych z kolejnych lat nie ma, ale eksperci zgodnie mówią, że Niemców ciągle przebywa.
W efekcie w dniu zapisów na medycynę przed wiedeńskim uniwersytetem wyrasta miasteczko namiotowe, w którym koczują przybysze z Niemiec. Normą stało się to, że w aulach podczas wykładów brakuje miejsc, część studentów musi siedzieć na podłodze.
Austriacy pięć lat temu bronili się przed Niemcami, dopuszczając na uczelnie tylko tych, którzy dostali się na studia w swoich krajach. Po wyroku Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, który uznał te praktyki za dyskryminację, musieli otworzyć uniwersytety dla wszystkich. Władze w Wiedniu długo nie chciały wprowadzać egzaminów wstępnych, bo uderzałoby to także w Austriaków. Wiedeń próbował również skłonić Berlin, by zapłacił za swoich studentów, ale tę prośbę niemieccy politycy podobno wyśmiali.