Karadżić zbojkotował poniedziałkową rozprawę, nie pojawił się na sali sądowej przed haskim trybunałem. Sędzia zauważył nieobecność podsądnego. ''Stwierdzam, że oskarżony Karadżić jest nieobecny. Stwierdzam również, że ponieważ zdecydował, że będzie bronił się sam, w jego imieniu nie ma na sali żadnego adwokata'' - oświadczył południowokoreański sędzia O-Gon Kwon. I odroczył do wtorku proces byłego przywódcy bośniackich Serbów, oskarżonego o ludobójstwo w czasie wojen na Bałkanach w latach 90.
To był najkrótszy wywiad w moim życiu. Załatwienie go nie było zbyt trudne: jesienią 1993 r. spotkanie z prezydentem samozwańczej Republiki Serbskiej w Bośni kosztowało 200 dol. albo butelkę dobrej whisky.
Przy barze belgradzkiego Intercontinentalu zobaczyłem go z daleka - górował wzrostem nad tłumem otaczających go wielbicieli. - Dobry wieczór, doktorze Karadżić - powiedziałem. - Mówi się "prezydencie" - warknął, a jego ochroniarz odepchnął mnie w głąb sali. Zmarnowane pieniądze.
Próżność cechowała go zawsze. Uważał się za wielkiego poetę (w 1994 r. dostał nagrodę Związku Pisarzy Rosji) oraz wybitnego lekarza i umiłowanego wodza serbskiego narodu. W wywiadzie dla greckiej gazety "Elefterostypos" w1997 r., kiedy już nie był "prezydentem", ale ściganym zbrodniarzem wojennym, powiedział: "Nie jestem potworem. Jestem pisarzem, jestem dobrym i szanowanym psychiatrą, a mój naród mnie kocha i popiera". I dodał, mówiąc o swoim procesie: "Nie mam zamiaru się bronić. Będę oskarżał".
Ale na procesie, który rozpoczyna się dziś przed haskim Trybunałem ds. Zbrodni Wojennych w b. Jugosławii, Karadżić oskarżać jednak nie będzie. Chce bojkotować proces, bo nie dano mu czasu przygotować obrony.
Rok, który minął od jego aresztowania, spędził najwyraźniej na innych zajęciach. Skupił się na rzekomej bezprawności aresztowania, argumentując, że amerykański negocjator Richard Holbrooke dał mu podczas negocjacji pokojowych gwarancje bezkarności. Holbrooke zaprzecza, a zresztą gwarancja taka byłaby w świetle prawa bezwartościowa.
Przypuszczam jednak, że oskarżony o ludobójstwo, zbrodnie przeciw ludzkości i zbrodnie wojenne przywódca bośniackich Serbów zrezygnuje z bojkotu. Nie pozbawi się ostatniej szansy skupienia na sobie uwagi, a jego zeznania mogą okazać się bardzo niewygodne dla zachodnich polityków, którzy podczas wojny bośniackiej zawierali z nim rozmaite kompromitujące porozumienia.
Z tego jednak właśnie powodu nie sądziłem, że stanie przed sądem. Po zakończeniu w 1995 r. wojny bośniackiej siły międzynarodowe dokładały starań, by go nie aresztować. Spektakularne i daremne
rajdy na jego kwaterę w Pale przeplatały się z przypadkami, gdy posterunki przepuszczały jego powszechnie znanego czerwonego mercedesa.
To był pętak W 1960 r. Karadżić przeniósł się z Czarnogóry do Sarajewa, by studiować psychiatrię. Po studiach podjął pracę w szpitalu na Koszevie. Jego koledzy z pracy, z którymi rozmawiałem podczas oblężenia Sarajewa, niewiele mieli o nim do powiedzenia.
"Zdolny lekarz, tylko nie można było mieć do niego zaufania. Co chwila zmieniał zdanie, a potem łgał w zaparte, że nigdy inaczej nie uważał" - powiedział mi wtedy ordynator neurologii prof. Naim Kadić. Inni byli jeszcze bardziej lakoniczni. - Ja bym chciał ci powiedzieć, że to był drań, zły lekarz i w ogóle - frasował się doktor Dizdarević. - Ale to był taki pętak, po prostu nikt.
Karadżić zapamiętał. Pierwsze pociski, w kwietniu 1992 r., spadły na Koszevo właśnie na dom, w którym Karadżić wcześniej mieszkał. Jego sąsiedzi też nie mieli o nim nic ciekawego do powiedzenia.
Jeśli go pamiętano, to raczej z afery kryminalnej, w którą zamieszany był w latach 80. Razem z kolegą Momczilo Krajisznikiem zdefraudowali pieniądze, by zbudować sobie
domy w Pale, górskim przedmieściu bośniackiej stolicy. Z więzienia wyciągnął ich inny kolega Nikola Koljević.
Kilka lat później Karadżić stanął na czele nowo powstałej serbskiej partii nacjonalistycznej SDS, a obaj koledzy stali się jego współpracownikami. Przemawiając w 1991 r. w bośniackim parlamencie, Karadżić powiedział, zwracając się do przywódców muzułmańskiej partii SDA: "Chcecie poprowadzić Bośnię tą samą drogą do piekła i cierpienia, którą idą
Słowenia i
Chorwacja [obie byłe jugosłowiańskie republiki ogłosiły wówczas niepodległość, na co Belgrad zareagował wojną; Bośnia się jeszcze wahała]. Nie myślcie, że nie zaprowadzicie Bośni do piekła i nie myślcie, że nie doprowadzicie może do zniknięcia narodu muzułmańskiego. Bo jak będzie wojna, Muzułmanie nie będą się mieli jak bronić". Swą przepowiednię spełnił.
Wydaje się, że oblegamy Sarajewo Wojna wybuchła wiosną 1992 r., gdy 97 proc. uczestników referendum opowiedziało się za niepodległością. Rezultat był miażdżący, ale w referendum uczestniczyło jedynie 66 proc. obywateli - Serbowie je zbojkotowali.
Jeszcze na początku kwietnia prezydent Bośni Alija Izetbegović zapewniał: - Obywatele Sarajewa, śpijcie spokojnie, wojny nie będzie, bo do wojny trzeba dwojga, a Serbowie wiedzą, że ani jej nie chcemy, ani nie mielibyśmy jak jej toczyć.
Pierwsze pociski spadły na miasto nazajutrz. W ponadtysiącdniowym oblężeniu Sarajewa - najdłuższym w nowożytnej historii Europy - miało zginąć ponad 10 tys. ludzi. - Wydaje się, że oblegamy miasto - wyjaśniał Karadżić - ale to w istocie nieprawda. Nie ma z naszej strony oblężenia, nie mamy agresywnych zamiarów, po prostu bronimy naszych ludzi, którzy żyją na przedmieściach.
Wszędzie tam, gdzie dotarły wojska Karadżicia, dochodziło do masowych mordów i wysiedleń nie-Serbów. - Serbskie władze nigdy nie zmusiły żadnego Chorwata czy Muzułmanina do opuszczenia domu - prostował te informacje "prezydent". - Jednak wydaje mi się oczywiste, że Muzułmanie źle się czują na serbskim terytorium i opuszczają je, choć nikt ich do tego nie zmusza.
Wyjechało tak ponad 2 mln ludzi. Połowa ludności kraju. Wielu do dziś nie może wrócić.