Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Gdy zapytałem ks. Stanisława Opockiego, o co w tym wszystkim chodzi, rzekł bez wahania: - Nienawiść. Choć ci, co nienawidzą, to przecież nie są źli ludzie. Lecz gdzie problem, żeby podjudzić człowieka do nienawiści? Pan powie, gdzie?
- Wszyscy tak mają?
- Prawie - powiada Opocki. - Wśród tych, którzy mieszkają najbliżej, z 90 proc. albo lepiej. A między dalszymi co drugi, choć pewnie więcej.
Po drugiej stronie stołu siedzi Paweł Lechowski, etnograf z Krakowa. Kiwa głową i powtarza słowa księdza.
- Nienawiść, proszę pana, czyściutka nienawiść. Nie doszuka się pan żadnego innego uczucia.
I o co tu więcej pytać?
Za jakiś czas zjawi się Włodzimierz Włodarczyk, radny z Limanowej. W zasadzie nie ma nic do dodania: - To nienawiść bez dwóch zdań. Tu naród myśli, że lepiej, żeby ich nie było.
Bo - rzeczywiście - gdyby ich nie było, byłoby łatwiej i ładniej, czyściej i bardziej bogato; sprawy w Koszarach - małopolskiej wiosce graniczącej z Limanową - miałyby się o wiele lepiej. Nie byłoby tych sprzeczek i awantur, choć nie ma najmniejszej gwarancji, że to oni prowokują, a nie tylko odpowiadają na zaczepki. Złej pamięci i złych spojrzeń. Rasizmu. Pogardy. Złości. Natrętnych wspominek; oni zrobili to i tamto, oni są tacy i owacy. Słowem - nie byłoby tego całego napięcia, które siedzi we wsi już trzydzieści lat z okładem.
Przez ten czas - zauważmy - zdążyli posiwieć ludzie, dla których oni od zawsze byli nieodłącznym fragmentem pejzażu Koszar. Dorosło nowe pokolenie. I co? Niby wiele - powiedzą chórem ksiądz, etnograf i radny - zmieniło się, lecz wystarczy - okazało się - byle pretekst, by wyszło, że nie zmieniło się nic.
Pretekstem okazała się wiejska świetlica. Cygańska, bo można ją zbudować ze specjalnych państwowych dotacji na programy integrujące Romów. Byłaby to - jak wymaga przepis - świetlica otwarta dla wszystkich. Wieś nie dołożyłaby do budowy ani złamanego grosika.
Senne Koszary pod topniejącym, zbyt wczesnym, październikowym śniegiem. Trochę kałuż, trochę błota, jeszcze zielone łąki. Asfaltowa droga przez wieś, tory kolejki, potok, łagodne górki Beskidu Wyspowego; na jednej ogromny krzyż, jak na Giewoncie. Domy i domeczki, zadbane, w ogrodach. Tylko tam, gdzie nie ma asfaltu - jakieś budy, walące się rudery, choć widać, że dwa budynki świeżo wystawione, biednie, z szarych, nietynkowanych pustaków.
Kilkuset Polaków, kilkudziesięciu Romów; będzie ich w Koszarach może 15 proc. mieszkańców. Zgadnijmy, kto mieszka w zadbanych obejściach, a kto - w ruderach?
Ks. Opocki zna Koszary już 26 lat. Jest krajowym duszpasterzem Romów, znają go i szanują; gdy trzeba, wzywany jest do romskich spraw nawet na Słowację. W Koszarach idzie mu jak krew z nosa. Choć ufa, że kiedyś może pójdzie lepiej.
Wątło ufa, nie da się ukryć.
- Z tej nienawiści zebranie głosowało, jak głosowało - mówi. - Nie zgodzili się. Wstyd mi, po prostu. To takie niechrześcijańskie.
*** Osiedlono ich w Koszarach u progu lat 70.; mówi się, że po to, by w okolicach budowali drogi. Za
mieszkania dano drewniane chałupy, które już wtedy musiały być raczej nędzne. Ktoś przyciągnął wagon; też nada się na dom. Ktoś wybudował jakąś komórkę. Z boku wsi, jakby nie chciano, by Romowie rzucali się w oczy.
Chwilę później w Koszarach pojawił się młody wikariusz Stanisław Opocki. Zaszedł raz na łagodne zbocze, gdzie stoją romskie chałupy. Rozejrzał się, zamienił kilka słów; więcej się nie dało, bo oni - ciemni jacyś, on - biały, z ich strony zaufania za grosz, a ksiądz też mało wiedział, co i jak ma gadać.
Opocki wrócił na plebanię. Podumał i wyszło mu, że te chałupy na zboczu to gorzej niż jakiś zapyziały, afrykański bantustan albo zadżumiony rezerwat. Ale też - że skoro misjonarze mogą jeździć gdzieś na Nową Gwineę, on może nieść posługę bliżej, bo do Koszar.