Wspólna unijna służba dyplomatyczna oraz powołanie urzędu silnego szefa dyplomacji UE to jedna z największych reform, które wprowadza traktat lizboński. Jeśli
Czechy ratyfikują Lizbonę w tym roku, to najpóźniej w kwietniu 2010 r. około 7 tys. dyplomatów zacznie pracować w unijnym "ministerstwie spraw zagranicznych" oraz w ambasadach UE (formalnie nazywanych delegacjami) m.in. w Moskwie i Waszyngtonie.
Kontrola nad tą dyplomacją oraz obsadą ambasad to teraz jeden z głównych tematów sporów w Brukseli. Państwa podzieliły się na dwa obozy - pierwszy "federalistyczny" (m.in. kraje Beneluksu) dąży do dużej autonomii dyplomacji UE wobec stolic europejskich. Drugi obóz podkreśla, że nowe ambasady w żadnej mierze nie mogą konkurować czy też wyręczać placówek państw członkowskich, a kluczowymi graczami w tworzeniu polityki zagranicznej UE powinny pozostać rządy, a nie unijne agendy w Brukseli.
Także Polska obawia się zbytniej niezależności przyszłej dyplomacji UE, która m.in. będzie negocjować kolejną umowę o współpracy Unii z Rosją. Premier
Donald Tusk przywiózł w ostatni poniedziałek do Brukseli postulat, aby służby dyplomatyczne UE służyły nie tylko szefowi unijnego
MSZ, ale też krajom pełniącym półroczne przewodnictwo w UE. W praktyce oznaczałoby to, że kiedy w 2011 r. Polska będzie przewodniczyć wspólnocie, to ambasady UE pomagałyby ambasadorom Polski, a nie pełniły funkcji kompletnie autonomicznego przedstawicielstwa Brukseli np. w Moskwie.
Polska - ten postulat nie ma dużych szans na sukces - chce też, aby aż połowa pracowników dyplomacji UE była delegowana z krajowych MSZ-ów, a nie z unijnych urzędów w Brukseli. - Ponadto domagamy się stałych kontroli kadr, aby wszystkie kraje UE miały proporcjonalną liczbę pracowników na wszystkich poziomach. I nie chcemy, aby Polacy byli tylko sekretarzami, lecz także dyrektorami i ambasadorami - mówi polski dyplomata.
W brukselskich debatach opowiadamy się za jak najmniejszą kontrolą Parlamentu Europejskiego nad unijną dyplomacją, aby nie wzmacniać jej federalistycznego charakteru i zachować jak największy wpływ władz krajowych. - Wolimy wykuwać politykę Unii w negocjacjach z Berlinem lub Paryżem niż z europosłami lub brukselskimi instytucjami, gdzie nasz głos może być mniej słyszalny - przekonują Polacy.
Polska boi się też, żeby Partnerstwo Wschodnie, czyli projekt zacieśnianie współpracy m.in. z Ukrainą, Gruzją i Białorusią, który jest naszą specjalnością w UE, nie zgubiło się w nawale zadań nowego szefa dyplomacji. Premier Tusk zamierza więc namawiać inne kraje, aby partnerstwo wyjąć z kompetencji wspólnej dyplomacji i powierzyć nowemu komisarzowi ds. rozszerzenia. To gwarantowałoby większy wpływ Polski na stosunki Unii z Mińskiem oraz Kijowem.
Niewykluczone, że kształt nowej dyplomacji zostanie określony już za tydzień na szczycie UE w Brukseli. Wtedy też przywódcy UE zaczną przymiarki do obsady ministra unijnej dyplomacji. Coraz częściej mówi się, że - dla zachowania parytetu płci we władzach Unii - może być nim kobieta. Wśród kandydatek wymieniana jest była szefowa austriackiej dyplomacji Ursula Plassnik, byłą prezydent Łotwy Vairę Vika-Freiberga oraz Mary Robinson, byłą prezydent Irlandii, która była też przedstawicielem ONZ ds. praw człowieka.