http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Unijny spór o europejskie ambasady

Tomasz Bielecki, Bruksela
2009-10-24, ostatnia aktualizacja 2009-10-24 10:26

Państwa Unii Europejskiej spierają się o przyszłą dyplomację UE a zwłaszcza o to, kto będzie kontrolował unijne ambasady. My chcielibyśmy, żeby przyszła dyplomacji UE nie była zbyt niezależna

Parlament Europejski
fot. C. Joubert / AP
Parlament Europejski
Wspólna unijna służba dyplomatyczna oraz powołanie urzędu silnego szefa dyplomacji UE to jedna z największych reform, które wprowadza traktat lizboński. Jeśli Czechy ratyfikują Lizbonę w tym roku, to najpóźniej w kwietniu 2010 r. około 7 tys. dyplomatów zacznie pracować w unijnym "ministerstwie spraw zagranicznych" oraz w ambasadach UE (formalnie nazywanych delegacjami) m.in. w Moskwie i Waszyngtonie.

Kontrola nad tą dyplomacją oraz obsadą ambasad to teraz jeden z głównych tematów sporów w Brukseli. Państwa podzieliły się na dwa obozy - pierwszy "federalistyczny" (m.in. kraje Beneluksu) dąży do dużej autonomii dyplomacji UE wobec stolic europejskich. Drugi obóz podkreśla, że nowe ambasady w żadnej mierze nie mogą konkurować czy też wyręczać placówek państw członkowskich, a kluczowymi graczami w tworzeniu polityki zagranicznej UE powinny pozostać rządy, a nie unijne agendy w Brukseli.

Także Polska obawia się zbytniej niezależności przyszłej dyplomacji UE, która m.in. będzie negocjować kolejną umowę o współpracy Unii z Rosją. Premier Donald Tusk przywiózł w ostatni poniedziałek do Brukseli postulat, aby służby dyplomatyczne UE służyły nie tylko szefowi unijnego MSZ, ale też krajom pełniącym półroczne przewodnictwo w UE. W praktyce oznaczałoby to, że kiedy w 2011 r. Polska będzie przewodniczyć wspólnocie, to ambasady UE pomagałyby ambasadorom Polski, a nie pełniły funkcji kompletnie autonomicznego przedstawicielstwa Brukseli np. w Moskwie.

Polska - ten postulat nie ma dużych szans na sukces - chce też, aby aż połowa pracowników dyplomacji UE była delegowana z krajowych MSZ-ów, a nie z unijnych urzędów w Brukseli. - Ponadto domagamy się stałych kontroli kadr, aby wszystkie kraje UE miały proporcjonalną liczbę pracowników na wszystkich poziomach. I nie chcemy, aby Polacy byli tylko sekretarzami, lecz także dyrektorami i ambasadorami - mówi polski dyplomata.

W brukselskich debatach opowiadamy się za jak najmniejszą kontrolą Parlamentu Europejskiego nad unijną dyplomacją, aby nie wzmacniać jej federalistycznego charakteru i zachować jak największy wpływ władz krajowych. - Wolimy wykuwać politykę Unii w negocjacjach z Berlinem lub Paryżem niż z europosłami lub brukselskimi instytucjami, gdzie nasz głos może być mniej słyszalny - przekonują Polacy.

Polska boi się też, żeby Partnerstwo Wschodnie, czyli projekt zacieśnianie współpracy m.in. z Ukrainą, Gruzją i Białorusią, który jest naszą specjalnością w UE, nie zgubiło się w nawale zadań nowego szefa dyplomacji. Premier Tusk zamierza więc namawiać inne kraje, aby partnerstwo wyjąć z kompetencji wspólnej dyplomacji i powierzyć nowemu komisarzowi ds. rozszerzenia. To gwarantowałoby większy wpływ Polski na stosunki Unii z Mińskiem oraz Kijowem.

Niewykluczone, że kształt nowej dyplomacji zostanie określony już za tydzień na szczycie UE w Brukseli. Wtedy też przywódcy UE zaczną przymiarki do obsady ministra unijnej dyplomacji. Coraz częściej mówi się, że - dla zachowania parytetu płci we władzach Unii - może być nim kobieta. Wśród kandydatek wymieniana jest była szefowa austriackiej dyplomacji Ursula Plassnik, byłą prezydent Łotwy Vairę Vika-Freiberga oraz Mary Robinson, byłą prezydent Irlandii, która była też przedstawicielem ONZ ds. praw człowieka.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':