http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Miernota magistra

Marcin Kącki
2009-10-23, ostatnia aktualizacja 2009-10-23 18:52

Marcin Kącki* dziennikarz ''Gazety Wyborczej'' i założyciel lipnej Akademii Komunikacji Społecznej

Marcin Kącki
Marcin Kącki
Jest jak wirus. Nie ma nią lekarstwa, ale poznaliśmy jak powstaje i zaraża. Najpierw rodzi się w twojej głowie. Tam napędza ją kompleks i niska samoocena. Rozkręca się w pracy tego dnia, gdy ten z żelem na włosach, co ma brudne paznokcie przysyła maila i zaprasza "na browara", bo właśnie obronił dyplom na jakiejś głupiej uczelni. Tak ten, o którym na papierosie mówiłeś wszystkim, że prostak, że mówi "weszłem".

I nienawidzisz go jeszcze bardziej, bo przerwałeś studia dawno temu, gdy kolega z roku wciągnął cię do swojej spółki z o.o., a wasze czipsy szły jak woda. Tylko pocieszały twarze tych, co zostali na uczelni. Zielone całe, gdy patrzyli na twojego 5-letniego passata, który wypatrzyłeś w niemieckim autokomisie. No i za gotówkę kupionego, bo wyciągałeś już 10 tysięcy brutto. A potem szef-kolega kazał ci pracować nawet w weekendy, bo z czipsów przerzuciliście się na proszki do prania. Ale kupiłeś większy samochód.

A ty? Pojechałaś z chłopakiem na wakacje i zostaliście do grudnia, bo w barze na londyńskim Notting Hill napiwki dawali w banknotach. A gdy wróciłaś, rzuciłaś uczelnię i przed telewizorem pochłaniałaś z sentymentem serial "Londyńczycy". Duma cię napełniała, gdy koleżanki, które zostały na uczelni pytały: widziałaś Hugh Granta? A gdy skończyły się oszczędności z napiwków, matka załatwiła ci pracę w urzędzie. Zostałaś referentką za 1500 zł brutto, ale w bezpiecznej budżetówce. Tylko bolało, gdy na szefową dali koleżankę z roku. Bo bez doświadczenia, zaraz po studiach, ale z tym cholernym magistrem.

Ale pewnego dnia wasze życie się zmieniło. Kupiliście gazetę i przeczytaliście wywiad ze szkołą, w której magistra robi się tak bezboleśnie, że starczy czasu na "Londyńczyków", albo na weekend w tej Galerii Handlowej, gdzie widują Tomasza Kammela.

Ale czy ta szkoła, to nie kant? W gazecie by kłamali? Chyba nie. Ale sprawdzacie jeszcze w internecie: Google szkołę wyrzuca wyżej, niż Uniwersytet Jagielloński. Znaczy, że prawda.

Wpłacacie pieniądze i jeździcie raz na dwa miesiące, by posłuchać niewyspanego doktora. Fajny był, bo zawsze kończył wcześniej, by zdążyć na kolejne zajęcia. I choć z reguły ksero z wykładów było niewyraźne, albo znów praca w weekend, to magistra dostaliście.

Chwalicie się kolegom z pracy i oni też chcą. A ci co mieli, już na was z góry nie patrzą.

Chociaż...

Spokoju nie daje ten dzień, gdy leciałeś z awanturą do urzędu by nawrzucać tej, co ci pismo przysłała. Źle zwrot podatku wyliczyła, więc ty, magister, mogłeś niedouczoną kretynkę wbić w podłogę razem z fotelem.

Ale nie. Uśmiechnąłeś się tylko głupio. Jeszcze gratulować musiałeś, bo właśnie awansowała na starszą referentkę. Twoja koleżanka z prestiżowej uczelni.

* Rzuciłem studia 12 lat temu, bo pochłonęło mnie dziennikarstwo. Nie wymagali dyplomu, chcieli pasji

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    67 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':