Dorota Wodecka: Wierzy pan w miłość do grobowej deski?
Ignacy Karpowicz: To zależy, kiedy ta deska ma się pojawić (śmiech). Jestem sobie skłonny wyobrazić miłość do grobowej deski jako pewną koncepcję. Ale mnie ona nie dotyczy. Nie kręci mnie. Może mi się to zmieni za dziesięć lat.
Dlaczego nie dotyczy?
- Szczerze mówiąc, mam dość doświadczeń w temacie miłość. Miłość to, miłość tamto. Wiem już, jak wygląda. Cudownie i tak dalej. Dziesięć rund i po tobie. Napisałem o tym.
Pamiętam. Runda pierwsza: międzyludzka chemia przemienia świat w motyle skrzydła, odświeża smak porannej kawy i gazetowych wiadomości. Cóż za celność.
- Udam, że nie dostrzegam ironii. Bo jestem w nastroju rundy drugiej, pozytywnie nastrajającej do ludzi. Odpowiem książką: wtedy kontempluję jej twarz, odgaduję jej życzenia, są kolacje przy świecach i winie, no i odurzające noce. W trzeciej ona wprowadza się z walizami, z grafikami i z fobiami. Co dalej, przypomni pani?
W czwartej uprawiacie miłość jak grządkę warzyw. Bez większych emocji, ale regularnie. A w piątej budzicie się w jednym łóżku obcy sobie.
- Szósta runda jest przełomowa. Albo wóz, albo przewóz. Znajome ściany, znajome grafiki na ścianach, które przypominają o znajomych walizkach w szafie. Zza kompromisów i codziennych dezercji niewiele się przebija, ale rozmawiamy. Twarze ściągnięte. Więc droga restauracja i gong! Runda siódma: w drogiej restauracji dochodzimy do wniosku, że jesteśmy dla siebie stworzeni, mamy wspólnych znajomych, dostęp do swoich kont, a trudności? Są przejściowe.
Tylko że nie chcą przejść.
- Więc ratujemy nasze życia, próbujemy odzyskać dawny rytm i prosimy siebie nawzajem o czas. I dostajemy go w rundzie ósmej. W dziewiątej, w czasie, który wyprosiliśmy, szukamy przyczyn klęski i dumnie obnosimy rany. I w końcu runda dziesiąta: koniec. Trzeba odkurzyć walizki, zdjąć grafiki i odmalować ściany. I jak cywilizowani ludzie odejść od siebie.
W której rundzie pan się poddawał?
- W piątej lub szóstej. Zwykle starczało nam rozsądku, by nie dochodzić do kolejnych rozpaczliwych prób ratowania tego, co nie jest do uratowania. A bywało i tak, że kończyło się przed rundą pierwszą.
To skąd pan wie, co jest dalej?
- A pani skąd wie, że za miesiąc wpłynie na pani konto pensja? Bo wpływała w poprzednich miesiącach, prawda?
Dlaczego sprowadza pan miłość do boksu zawodowego? Może łatwiej przetrwać trzy rundy?
- Po amatorsku? Niby jak?
Pierwsza - zakochanie. Druga - codzienna miłość, póki śmierć nie rozłączy. I trzecia - owa śmierć po długim i szczęśliwym życiu. Jakby nie było - happy end.
- Do słowa koniec nie pasuje przymiotnik szczęśliwy. Do słowa koniec nie pasuje żaden przymiotnik. Koniec to koniec. I kropka. Happy end to wymysł popkultury, a wcześniej chrześcijaństwa. Trzeba było śmierć Jezusa przerobić w coś mniej drastycznego, osłabić wstrząsającą wymowę tej śmierci. No więc Go wniebowstąpiono. I ma pani swój happy end. Zadowolona?
Twierdzi pan, że oblał egzamin z miłości. Dlatego, że nie dotarł do "żyli długo i szczęśliwie"?
- Oblałem, bo nie potrafiłem zadbać o miłość. Kiedy ją sobie uświadomiłem, uznałem, że nie ma ona szans być miłością na całe życie. Bałem się myśleć, że to wyjątkowe uczucie, bo w końcu byłem licealistą, a licealista to prawie idealista.
Źródło: Gazeta Wyborcza