Rozmowa Z Michałem Rusinkiem, sekretarzem poetki Wisławy Szymborskiej Radosław Leniarski: Wpadł mi w ręce tomik "Sobie a guzom". Na jednej z pierwszych stron pod zdjęciem noblistki w bokserskich rękawicach przeczytałem "Wisławie zawdzięczam wszystko. A.G.". Zastanawiające... Michał Rusinek: Bokserzy w życiu i twórczości pani Wisławy odgrywają rolę kluczową. Jej wiersz pt. "Wieczór autorski" zaczyna się przecież wersem "Muzo, nie być bokserem, to jest nie być wcale".
Kiedyś po otrzymaniu Nobla przez panią Wisławę znaleźliśmy się w
Warszawie w jednej restauracji z Andrzejem Gołotą, który podpisywał tam swoją biografię. Kelnerzy zupełnie nas zlekceważyli, ale jego oblegali. Pani Wisława nawet chciała iść po autograf, ale jej odradziłem z uwagi na surowych ochroniarzy pana Gołoty.
Długo byliśmy głodni.
Poezja i boks leżą na przeciwległych biegunach, a to, co po przeciwnej stronie - jest fascynujące.
Pani Szymborska ma jednak prawdziwy sentyment do bokserów, ogląda ich walki, więc to, co mówię, nie jest w żadnej mierze prześmiewcze.
Tak się złożyło, że mniej więcej równolegle z popularnością medialną pani Wisławy, czyli w okolicach 1996 roku, wybuchła popularność medialna Andrzeja Gołoty. Nawet czasopismo "Machina" przyznało swoje nagrody - Machinery - różnym wybijającym się postaciom w 1996 roku. Nagrodzono panią Szymborską i... pana Gołotę. Ona bardzo to przeżywała.
Przeczytałem w niedawnym wywiadzie z naczelnym wydawnictwa Znak Jerzym Illgiem, że po przegranych walkach Gołoty dzwonicie do pani Szymborskiej z kondolencjami. To żart z pogranicza absurdu. - Hmm. Pani Wisława ciągle żyje w sosie absurdu, bardzo dobrze się w nim czuje. Znajomi zrobili nawet dla niej powiększenie portretu Andrzeja Gołoty i miała to zdjęcie nad łóżkiem na wakacjach.
Niedługo TVN pokaże film o Szymborskiej. Jest tam scena, w której dostaje pewien prezent związany z bokserem...
Czy to znaczy, że noblistka jest związana emocjonalnie z Gołotą? A może z boksem en masse, jako wyjątkową sferą życia człowieka? - Na pewno mam słabszą orientację w tej sprawie od mojej szefowej, ale myślę, że ona ma specjalny stosunek do sportu. Trochę się na nim zna, ogląda wydarzenia, była przez wiele lat związana z mężczyzną, który był rasowym kibicem.
Gdy się zostaje noblistą, to wielu osobom się wydaje -a szczególnie, przepraszam bardzo, dziennikarzom - że jest się wyrocznią w każdej sprawie i że musi się mieć wyrobione zdanie na każdy temat. Dlatego kiedyś zadzwoniono do niej z pewnego
radia z prośbą o skomentowanie wyników mundialu. Odpowiedziała, że od kiedy Szombierki Bytom wypadły z pierwszej ligi, przestała interesować się futbolem.
"Sobie a guzom" to pomysł karkołomny, trochę jak sam boks, o którym mówi w sposób odkrywczy. Skąd się wziął ten tomik? - Chcieliśmy jakoś uczcić - za przeproszeniem -80. urodziny pani Wisławy. My, filolodzy, związani z krakowską kawiarnią Nowa Prowincja. Ona obchodzi je, ale z daleka, więc to nie mogło być nic uroczystego. Wymyśliliśmy mistyfikację polegającą na tym, że odnaleźliśmy książkę Andrzeja Gołoty. Trochę to się zbiegło z serią jego klęsk mniej lub bardziej spektakularnych.
Poeta Bronisław Maj, przyjaciel pani Wisławy, rozpowiadał po
Krakowie o znalezisku, dzięki któremu wiadomo było, dlaczego pan Gołota przegrywa te walki. Otóż dlatego, że jest subtelnym lirykiem, a nie pięściarzem bezdusznym. Kilka osób udało się Majowi nawet nabrać.
Napisaliśmy ten tomik, no już trudno, wydaliśmy go w niewielkim nakładzie, zorganizowaliśmy promocję. Wojciech Malajkat czytał, Maj wygłaszał wstęp, ja przedstawiałem rys filologiczno-historyczny. Tyle że zmieniliśmy nazwisko - autor był przez dwa "ł". Skonsultowaliśmy się bowiem z prawnikiem na wszelki wypadek. No bo z prawnego punktu widzenia niby pięściarz nie może nam nic zrobić, ale przywalić może zawsze.
Który skrzywdziłeś
Który skrzywdziłeś boksera prostego