Wcześniej sprawą wiadra zajmował się sąd grodzki w Namysłowie. Alicja I. z podopolskich Mikowic pozwała sąsiada Waldemara J. o to, że 27 maja 2008 r. ok. 10.30 umyślnie uszkodził jej wiadro warte 10 zł. Miał je kopnąć, gdy stało na schodach ich budynku. I to tak mocno, że zawisło na gałęziach krzewu.
Było już blisko ugody, ale Waldemar J. w ostatnim słowie zażądał, by wiadro mu okazano. - Gdyż go nie widziałem - argumentował. Do okazania nie doszło, więc J. zażądał eksperymentu procesowego, by udowodnić, czy kopnięcie mogło uszkodzić wiadro.
Sąd grodzki powołał dwóch biegłych. Jeden z nich, opierając się na rozmowie z producentem wiadra, własnej wiedzy i publikacji "Wyroby z tworzyw sztucznych", stwierdził, że to możliwe. Jego opinia kosztowała 229 zł.
W końcu w pierwszej instancji Waldemara J. uznano za winnego, dostał karę 50 zł.
J. apelował, więc wczoraj musiał się tym zająć Sąd Okręgowy w Opolu. - Nie ma wątpliwości, że ta sprawa w ogóle nie powinna trafić do sądu. Należało umorzyć ją już na etapie postępowania przygotowawczego - mówił sędzia Jerzy Wojteczek. Dodał, że przy tak błahej sprawie powołanie biegłych było kompletnie niepotrzebne, podobnie jak rozważania, czy wiadro pękło od kopnięcia, czy od strącenia ze schodów.
Według sądu pokrzywdzona mogła domagać się odszkodowania w procesie cywilnym. - Wtedy jednak musiałaby opłacić koszty sądowe, no i wykazać, że wiadro rzeczywiście warte było 10 zł. Bo kto wie? Być może długoletni okres eksploatacji obniżył jego wartość... - podsumował, uśmiechając się, sędzia Wojteczek.
Źródło: Gazeta Wyborcza