Właściwie to zamiast klecić ten felieton, powinienem żywcem przepisać z wkładki płyty Pablopavo "Telehon" wszystkie teksty jak leci. Ponieważ jednak przeniesienie tej liryki jeden do jednego na łamy gazetowe zajęłoby o wiele więcej miejsca, niż przewidziane jest na felieton w "DF", siłą rzeczy będę musiał cytować fragmentarycznie.
Debiutancki album warszawskiego wokalisty, wcześniej znanego z występów w zespole
Vavamuffin, to literackie objawienie polskiej muzyki tego roku. Co ja mówię - literackie objawienie polskiej muzyki od lat. Powiedzmy od lat pięciu, kiedy ukazała się debiutancka płyta Sidneya Polaka, na co dzień harującego na etacie perkusisty T. Love.
Porównanie z Polakiem - jak mawiają klasycy - nie jest tu przypadkowe. Zarówno autor pamiętnej "Chomiczówki", jak i Pablopavo obracają się w podobnym świecie muzycznych fascynacji: bujające
reggae, mocne, rytmiczne ragga, elementy miejskiego folku. Powinowactwo tekstowe także jest wyraźne: opisy wielkomiejskich imprez, a wraz z nimi idąca w parze nieuchronnie wielkomiejska samotność, relacje damsko-męskie, wspomnienia młodości i dojrzewania i wreszcie mianownik dla mnie podstawowy - warszawskość obu płyt. To są dla mnie prawdziwe arcydzieła muzycznego varsavianizmu. Zresztą Pablopavo udzielał się wokalnie na pierwszej płycie Sidneya. Mamy więc komplet powinowactw.
Pablopavo jest uważnym i wnikliwym obserwatorem rzeczywistości - zarówno tej oficjalnej: społecznej i politycznej, a także pop-kulturowej, jak i prywatnej, składającej się z miłosnych dramatów anonimowych ludzi oraz zapisków warszawskich imprez, a mówiąc bardziej współcześnie - warszawskich melanży.
W piosence "Telehon", zapisie sennego marzenia, w którym polska rzeczywistość nie jest może idealna, ale odbiega zdecydowanie korzystnie w stosunku do tego, co obserwujemy na jawie, Pablopavo śpiewa: "Sklep muzyczny nie daje podwójnej marży/ Paranoje polityków zeszły na plan dalszy/ Warszawscy urzędnicy nie biorą łapówek, by zburzyć domy trzy/ Pamiętające Franca Fiszera/ Na polecenie pana dewelopera". W czyich tekstach pojawiają się dzisiaj takie postaci jak Franc Fiszer? Mało tego: we śnie Pablopavo "Pan
Stanisław Grzesiuk ciągle gra na bandżoli", a w tej wymarzonej Warszawie "weszła w życie nawet unia hadziacka". Podwajam pytanie: kto wplata we współczesne teksty piosenek nazwiska Fiszera, Grzesiuka i wspomnienie unii hadziackiej? Niezorientowani, o co chodzi, proszeni są o włączenie Google albo Wikipedii, względnie o udanie się do Biblioteki Narodowej.
Jakie jeszcze senne marzenia ma warszawski wokalista? Ano, że "Tu telewizja ma misję / A nie Dody rozwodu transmisję". Czyż nie jest to ważny głos w debacie o ustawie medialnej? Głos jasny i pozbawiony urzędniczej oraz publicystycznej glątwy. Kiedy nawet Pablopavo wchodzi w rejestry publicystyczne, znów w swoich rymach celnie trafia w koślawość i zakłamanie naszej rzeczywistości politycznej, tak jak w "Piosence ze śmieci": "Pierwsza zwrotka jest ze słów/ które posłowie i radni/ wyrzucają z przemówień, bo byłyby/ niebezpiecznie blisko prawdy/ z chrząknięć znaczących, kiedy kamery gasną/ z niewypowiedzianych zakulisowych toastów/ Tu są wszystkie przekleństwa, które nie wchodzą na wizję/ słowa zbyt skomplikowane albo zbyt oczywiste/ wszystkie te, od których nie rosną słupki". A taki numer "AleAle" to błyskotliwy i jak dla mnie najsensowniejszy do tej pory głos w dyskusji o chamstwie w internecie. Znów chciałbym go zacytować w całości, znów ubolewam nad ograniczonym miejscem, jakie mi przydzielono.
Nade wszystko jednak Pablopavo jest kapitalnym autorem piosenek miłosnych. Choć zazwyczaj są to piosenki o miłości nieudanej, złudnej, miłości niepełnosprawnej, kończącej się często śmiercią jednego z kochanków. Powiedzmy jasno - takie piosenki wychodzą zawsze najlepiej. Tu wychodzą jeszcze lepiej, bo zanurzone są w konkretnych realiach: Dworzec Wschodni, osiedle Stegny, Kabaty.
Ale nie są to w przeciwieństwie do zalewającego
stacje radiowe pustosłowia zbiory liczmanów o tym, że było miło, ale się skończyło, i jest w związku z tym smutno i tęskno. Pablopavo opowiada kapitalne historie tragicznych związków, jak w niesamowitej piosence "Z fartem dziewczyna" o sprzedawczyni w pasmanterii, którą zainteresował się gangster w "Tuaregu na niemieckich blachach" i uwiódł marnie zarabiającą dziewczynę, która już widzi siebie w ślubnym welonie i wykonuje "telefon do mamy gdzieś pod Suwałkami / Życie znajduje punkt wspólny z marzeniami". Sprawa, ma się rozumieć, skończy się źle, bandzior wraca coraz później i coraz bardziej pijany, aż wreszcie w wulgarnych słowach klaruje jej, że nie jest jedyną. Dochodzi do szarpaniny, ukochany katuje dziewczynę, a potem zapada w pijacki sen, ona sięga po jego pistolet, "huk słychać na osiedla końcu / Mentownia przyjeżdża we wschodzącym słońcu".
Z musu relacjonuję dramat skrótowo, ten tekst to właściwie konspekt serialu, jaki powinna wyprodukować telewizja publiczna, z pewnością byłby on bliżej rzeczywistości niż jakakolwiek Magda M. nad rozlewiskiem.
Podobna historia to "Warszawa Wschodnia" o Janku, który na dworcu sprzedaje stare pisma i filmy na DVD i obserwując dziewczyny oglądające okładki pism z Bradem Pittem, marzy o tym, żeby ktoś zwrócił na niego uwagę. W końcu poznaje dziewczynę, sprawy układają się wspaniale, ale skończą się źle. Nie będę już cytował ani streszczał, zachęcam do słuchania, mogę tylko ujawnić, że "Warszawa Wschodnia dała/ Warszawa Wschodnia zabrała".
Pablopavo potrafi być też rozbrajająco liryczny, jak w "Do stu" - któż z nas nigdy nie pomyślał, że "Już jutro będzie za późno/ ból się ustoi jak upał na MDM/ weźmy witryny za lustro/ zobaczymy dwoje głupców/ których dłonie mijają się".
Pablopavo rehabilituje polską "piosenkę z tekstem" jak mało kto przed nim, ornamentując ją znakomitymi melodiami. Ta płyta to także kapitalny materiał na weekendowy melanż. Kiedy już się ją przemyśli, kiedy już się po jej wysłuchaniu podejmie poważne refleksje na temat kondycji siebie i tego kraju, to dalej można przy niej pić, śpiewać i tańczyć. Słowem: dzieło kompletne.