W "Achtung, banditen!" Wojciecha Albińskiego zamiast Afryki mamy podwarszawskie
Włochy. A zamiast białego, który nie osądza ani nie udaje, że rozumie świat czarnych - dziecko, które biega po podwórku między skrzynkami z amunicją i nogami esesmanów. I nie dziwi się, że Ślązak w mundurze Wehrmachtu zabawną polszczyzną opowiada o rzezi, jaką urządził na cywilach, bo mu "banditen" w czasie "polnische putsch" kropnęli kumpla.
Jakoś oczywisty jest dla niego świat, w którym dwaj niemieccy lekarze w mundurach wyprowadzają kaleką Krysię S. z łapanki. A inni, jako że są po arbajcie, nie reagują, gdy własowcy gwałcą dwie sanitariuszki.
Dziecko, choć może rozumie mniej, więcej widzi. W jego oczach - zdziwionych, rzadziej przerażonych - odbija się cała niesamowitość okupacji (tak jak później będzie się odbijała np. niesamowitość rzezi w Ruandzie). Różne formy tej niesamowitości - od kabaretowej groteski po wydestylowaną grozę. Często zmieszane.
Niezwykłe jest też miejsce, z którego dziecko prowadzi swoje obserwację. Włochy - te podwarszawskie - z prawdziwą Italią mają tyle wspólnego, że przejeżdżają przez nie żołnierze Mussoliniego w drodze na front wschodni, a po latach wracają - strzępy ludzkie - z sowieckiej niewoli. Tu, jeśli trzymać się kilku prostych reguł (np. w złych czasach lepiej nie błyszczeć urodą), można wieść w miarę normalne życie obok folksdojczów i okupantów. Wojna przychodzi do Włoch późno, wraz z Powstaniem, ale nawet wtedy ma postać łupów, które przybywają z Warszawy i są tu sortowane przed podróżą na zachód.
Wojna to jednak przede wszystkim śmierć ojca. Kluczowa, choć ukryta gdzieś na marginesach opowieści utkanej z dziecięcych obserwacji, podsłuchanych rozmów dorosłych, matczynych plotek, niedopowiedzeń. Być może gdyby ojca nie wywieźli, gdyby wrócił z obozu, książka Albińskiego nie byłaby zestawem miniatur. Może przenikałby je i spajał jakiś heroiczny albo antyheroiczny sens. Byłaby z tego powieść. A tak?
"Nie brałem jeńców, paliłem miasta, przy oblężeniu Norymbergi zginęła cała ludność cywilna". Dziecko nie chce być bezradne wobec swojej straty. Mści się, choć tylko w wyobraźni.
70-letni Albiński godzi się ze swoją bezradnością. A także niepojętością, absurdalnością, grozą świata na antypodach dziecięcych rajów. Oraz niemożliwością opowiedzenia go - od początku do końca. Tylko dzięki takiej postawie mogła powstać książka, która ma szansę wbić się pomiędzy najważniejsze literackie świadectwa II wojny.