http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

"Achtung! Banditen!",

Paweł Goźliński
2009-10-23, ostatnia aktualizacja 2009-10-21 17:22

Wojciech Albiński, W.A.B., Warszawa


ZOBACZ TAKŻE
W "Achtung, banditen!" Wojciecha Albińskiego zamiast Afryki mamy podwarszawskie Włochy. A zamiast białego, który nie osądza ani nie udaje, że rozumie świat czarnych - dziecko, które biega po podwórku między skrzynkami z amunicją i nogami esesmanów. I nie dziwi się, że Ślązak w mundurze Wehrmachtu zabawną polszczyzną opowiada o rzezi, jaką urządził na cywilach, bo mu "banditen" w czasie "polnische putsch" kropnęli kumpla.

Jakoś oczywisty jest dla niego świat, w którym dwaj niemieccy lekarze w mundurach wyprowadzają kaleką Krysię S. z łapanki. A inni, jako że są po arbajcie, nie reagują, gdy własowcy gwałcą dwie sanitariuszki.

Dziecko, choć może rozumie mniej, więcej widzi. W jego oczach - zdziwionych, rzadziej przerażonych - odbija się cała niesamowitość okupacji (tak jak później będzie się odbijała np. niesamowitość rzezi w Ruandzie). Różne formy tej niesamowitości - od kabaretowej groteski po wydestylowaną grozę. Często zmieszane.

Niezwykłe jest też miejsce, z którego dziecko prowadzi swoje obserwację. Włochy - te podwarszawskie - z prawdziwą Italią mają tyle wspólnego, że przejeżdżają przez nie żołnierze Mussoliniego w drodze na front wschodni, a po latach wracają - strzępy ludzkie - z sowieckiej niewoli. Tu, jeśli trzymać się kilku prostych reguł (np. w złych czasach lepiej nie błyszczeć urodą), można wieść w miarę normalne życie obok folksdojczów i okupantów. Wojna przychodzi do Włoch późno, wraz z Powstaniem, ale nawet wtedy ma postać łupów, które przybywają z Warszawy i są tu sortowane przed podróżą na zachód.

Wojna to jednak przede wszystkim śmierć ojca. Kluczowa, choć ukryta gdzieś na marginesach opowieści utkanej z dziecięcych obserwacji, podsłuchanych rozmów dorosłych, matczynych plotek, niedopowiedzeń. Być może gdyby ojca nie wywieźli, gdyby wrócił z obozu, książka Albińskiego nie byłaby zestawem miniatur. Może przenikałby je i spajał jakiś heroiczny albo antyheroiczny sens. Byłaby z tego powieść. A tak?

"Nie brałem jeńców, paliłem miasta, przy oblężeniu Norymbergi zginęła cała ludność cywilna". Dziecko nie chce być bezradne wobec swojej straty. Mści się, choć tylko w wyobraźni.

70-letni Albiński godzi się ze swoją bezradnością. A także niepojętością, absurdalnością, grozą świata na antypodach dziecięcych rajów. Oraz niemożliwością opowiedzenia go - od początku do końca. Tylko dzięki takiej postawie mogła powstać książka, która ma szansę wbić się pomiędzy najważniejsze literackie świadectwa II wojny.

Źródło: Duży Format
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':