Od dwóch miesięcy na 512. kilometrze Wisły w Warszawie dwoje młodych ludzi mieszka na barce. Barka jest luksusowa: skórzane kanapy w salonie, podłoga z jesionu, kuchnia i łazienka jak z pism wnętrzarskich. Prąd z własnego generatora lub turbiny wiatrowej, woda, gaz. Najbardziej luksusowy jest nocny widok z okna sypialni - podświetlony most Świętokrzyski.
Jest to jedyna pływająca barka-mieszkanie w Polsce. Ma 40 metrów kwadratowych i kosztowała jak mały apartament: 350 tysięcy. Tyle nie mieli. Banki, nie wiedząc, jak zakwalifikować taki kredyt, na wszelki wypadek odmawiały. Uratowali ich rodzice i ich bogata znajoma.
Zostawili dom w podwarszawskim Konstancinie (dzielony z rodzicami) i poranne korki na Wisłostradzie. Do pracy mają teraz dziesięć minut spacerem, bo zacumowali na wysokości centrum miasta. Joanna jest projektantką mody. Sebastian - architektem.
Urządzili parapetówkę. Znajomi wpadli w entuzjazm. Picie wina na tarasie (dachu barki) z widokiem na most, Wisłę i strzeliste wieże katedry św. Floriana było "zajebiste", "tantryczne", "oczyszczające" oraz "medytacyjne". Gratulowali: jesteście niesamowicie odważni, zazdrościmy.
Rano nikt nie poprosił o namiar do firmy, która barkę zbudowała, ani o szczegóły techniczne przedsięwzięcia. Po południu ktoś zadzwonił z troskliwym pytaniem: - A tak w ogóle to gdzie nocujecie, bo chyba nie na tym statku?
Wieczorem z ciekawości zajrzał stary bosman. Obiecał dokładne mapy Wisły, która jest rzeką "wyjątkowo złośliwą". Rzeczywiście, Sebastian już dwa razy wpłynął na kamienie, których - według map oficjalnych - nie powinno tam być. Raz nawet pospadały szklanki w kuchni, a barkę trzeba było ściągać specjalną wyciągarką. Od początku trwały korowody urzędowe. Żeby zwodować barkę, musieli zdobyć pozwolenia na przewiezienie jej przez miasto. Czekali trzy tygodnie.
W urzędzie miasta nikt nie wiedział, jak zakwalifikować obiekt o nazwie "barka mieszkalna". Czegoś takiego nie ma w przepisach, więc nie istnieje.
Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej każe im płacić 150 zł miesięcznie. Nie wiedzą, za co. Pomysłowy urzędnik w końcu radzi: zarejestrujcie barkę w jakimś innym kraju Unii, jak będziecie pływać pod obcą banderą, to wszyscy będziemy mieć problem z głowy.
Zamawiają paliwo, ale kierowca beczkowozu odmawia tankowania: barka musiałaby być zarejestrowana w urzędzie celnym jako jednostka komercyjna. I przejść specjalny przegląd (kosztuje kilkanaście tysięcy). Sebastian po ropę biega więc z kanistrem.
Płyną do pobliskiej przystani Warszawskiego Towarzystwa Wioślarskiego. Jest tam stanowisko do tankowania wody (barka ma zbiornik 1300 litrów, co starcza na kilka tygodni). Urzędnik krzywi się: A dlaczego u nas? - pyta.
- A dlaczego nie?
- Bo ta wasza barka to trochę dziwny pomysł. Nie możecie kupować wody gdzie indziej?
Nie mają gdzie cumować. W Warszawie na Wiśle nie ma ani jednego pomostu do cumowania. Jest Port Czerniakowski, ale nie da się do niego wpłynąć z powodu łachy piasku przy wejściu.
Wiedzą, że w Amsterdamie mieszkańcy 2500 barek (słownie: dwóch i pół tysiąca) zakładają wspólnoty mieszkaniowe. Miasto wzdłuż kanałów wystawiło im skrzynki z prądem i wodą.
W Londynie barki kupuje na spółkę kilka rodzin i wymieniają się (część tych barek produkowanych jest w Polsce przez firmę z Tomaszowa Mazowieckiego). Mieszkają rodziny z dziećmi, psami, kotami, na jednej nawet widzieli miejsce postojowe dla auta.
Sebastian zapytał urzędników, czy nie warto zrobić małych przystani w kilku fajnych miejscach na Wiśle. - Nie da się - usłyszał - bo Wisła ciągle zmienia poziom.
- Wszędzie na świecie się da, tylko u nas - nie! - wścieka się Sebastian. - Są przecież sposoby, żeby to zrobić niezależnie od zmian poziomu rzeki.
Na dwa miesiące przycumowali do nieruchomej platformy stowarzyszenia STEP. Tydzień temu przepłynęli do Portu Żerańskiego.
Czasem myślą o domu w Konstancinie. Albo o mieszkaniu na 16. piętrze z pięknym widokiem na Warszawę, którego w zeszłym roku nie kupili. Albo o fantastycznym kilkusetmetrowym strychu, który miasto wystawiło na przetarg.
Wybrali barkę: 40 metrów (salon z kuchnią, sypialnia, łazienka i mnóstwo szaf). Więcej nie można, bo Sebastian musiałby mieć patent starszego sternika. Po zimie chcą zmienić widok za oknem, popłyną do Paryża. Myślą, żeby tam zostać.
- Ludzie są zbyt przewidywalni - mówi Joanna. - Jak już mają trochę kasy, to kupują samochód, najlepiej volkswagena, albo mieszkanie, najlepiej na Ursynowie, blisko metra. Chcieliśmy zrobić w życiu coś szalonego. Jak nie teraz, to kiedy?
Źródło: Duży Format