http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

"Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!"

Robert Sankowski
2009-10-23, ostatnia aktualizacja 2009-10-21 18:13

Nowa krążek Hey to murowany kandydat do tytułu polskiej płyty roku 2009. 23 października - premiera!


W ciągu tych kilkunastu lat działalności Hey zdążył być już na polskiej scenie praktycznie wszystkim. Superdebiutantem, który dosłownie w ciągu jednej nocy zdobył wielką popularność i dostarczył sporo świeżej krwi do mocno zastałego lokalnego show-biznesu. Megagwiazdą sprzedającą kilkaset tysięcy płyt w dniu premiery i naszą nadwiślańską odpowiedzią na najmodniejsze światowe trendy. Towarem eksportowym, który miał pokazać, że Polak potrafi, i podbić światowe rynki muzyczne. Zagubioną ofiarą bezwzględnego przemysłu nagraniowego. Gasnącym wspomnieniem dawnej popularności, które z powodzeniem musiało wymyślić się na nowo po odejściu lidera Piotra Banacha. To wszystko i tak już wystarczy jak na jedną biografię. Ale Heyowi najwyraźniej mało. I dorzuca do tej układanki kolejny kamyczek. Chyba najmniej spodziewany i zarazem najbardziej ryzykowny - od dziś Hey to także niezależna kapela, która stawia na głowie całą swoją dotychczasową karierę i rzuca wyzwanie nie tylko oczekiwaniom najwierniejszych fanów, ale i generalnie estetyce obowiązującej na polskiej scenie muzycznej.

Od ośmiu lat na miejscu Banacha, kiedyś głównego ideologa i kompozytora grupy, w zespole gra Paweł Krawczyk. Od tego momentu grupa konsekwentnie zmierza w nowym kierunku, na każdej kolejnej płycie oddalając się od wizerunku wykreowanego na początku lat 90. - kapeli uwielbianej przez armię rockowych nastolatków znających na pamięć każde słowo z największych przebojów grupy. Zamiast tego objawia się nam zespół coraz bardziej dojrzały, bardziej świadomy tego, co chce powiedzieć swoim słuchaczom i jakim językiem chce się z nimi komunikować. Ogromna w tym zasługa wokalistki Kaśki Nosowskiej, która stała się nie tylko elektryzującą tłumy frontmanką obdarzoną świetnym głosem, ale i pełnokrwistą artystką piszącą niezwykłe teksty. Nosowskiej pomogła w tym rozsądnie prowadzona równolegle do działalności grupy własna działalność solowa. Ale w tym samym czasie muzycznie okrzepł i dojrzał też cały zespół.

Jednak ani kolejne kroki, jakie wykonywał Hey na nagrywanych już w nowym składzie płytach

"[sic!]", "Music Music" i "Echosystem", ani nawet odważne wycieczki stylistyczne solowej Nosowskiej nie mogły przygotować na to, co dzieje się na "Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!". To album zadziwiający pod każdym względem. Muzycznie stanowi konglomerat zadziwiających inspiracji i nawiązań, które jednak po przefiltrowaniu przez charakterystyczną heyową stylistykę oszałamiają odwagą skojarzeń, aby w końcu nabierać zaskakującego sensu. Praktycznie każda z nagranych tu piosenek to prawdziwa kompozytorska i producencka perełka, która zasługuje na rozbiór na czynniki pierwsze. Nieszablonowa produkcja Marcina Borsa, która wywraca na lewą stronę nasze wyobrażenia o tym, jak powinny brzmieć polskie płyty rockowe i w jakich proporcjach powinny na nich pojawiać się konkretne instrumenty, nie jest tutaj bez znaczenia.

Darujmy jednak sobie tę muzyczną wiwisekcję. Dość powiedzieć, że na tej płycie zdarzyć może się dosłownie wszystko. Radiohead, Blur z okolic płyty "Blur", indie pop, dance punk, post rock, elektronika rodem z nagrań Kraftwerk, rytmy i puls basu wyciągnięte gdzieś z numerów klubowych, alternatywne country, punk, folk, nu soul, jazz, a nawet oldskulowy scratching,

jaki natychmiast przywoływać musi na myśl stareńki numer Herbiego Hancocka z lat 80.

"Rockit" - Hey bez kompleksów łączy ze sobą elementy pozornie do siebie nieprzystające.

To, co trzyma cały ten materiał w ryzach, to między innymi głos Nosowskiej. Słychać, że wokalistce dobrze zrobiła przede wszystkim płyta "Osiecka", na której zmierzyła się z tak bardzo innym niż jej własny materiałem. I wyszła z tego spotkania obronną ręką. Nosowska śpiewa teraz z takim oddechem, jakby nie bała się podjąć żadnego wokalnego wyzwania. Mocne wrażenie robią też jej nowe teksty. Co prawda czasem nieco irytuje literacką manierą, jak na przykład wtedy, gdy w otwierającym album "Vanitas" mnoży na potęgę zdrobnienia ("Kamieniczki i uliczki z latarenką, stoliczka, talerzyka z kurzą nóżką"). Ale jednocześnie piętrząc te infantylizmy ponad miarę, osiąga też dodatkowy efekt - zderza ze sobą to, co ze wszech miar banalne, i za pomocą tych banałów tworzy obrazy dotykające rzeczy najważniejszych w każdej ludzkiej egzystencji: bólu rozstania, nieumiejętności skomunikowania się z drugim człowiekiem, potrzebie bliskości, lęku przed rozpadem związku, samotnością, w końcu i śmiercią. "Umieraj stąd, bierz, co twoje, i won, w zaświaty, gdzie zmory, gdzie strzygi, upiory, gdzie głodno i mrok" - szydzi w "Umieraj stąd" i nagle trudno wyobrazić sobie lepszą metaforę dla emocji targających ludźmi podczas zerwania. "Spać, przespać rok, siedem lat, krasnoludy, końce świata śnić, bo tu nic, tylko śmierć, usychanie tkanek, rozpacz, że nie kochasz mnie / księżyc hak, gwoździe gwiazd, przytrzymują niebo, co na głowę chce mi spaść" - marzy o ucieczce przed odrzuceniem w "Fazie Delta". "Ja stygnę, a ty śpisz, tracę wdzięk, nim przepotworzę się, przestań śnić, w ramę złóż, opraw ten wyblakły mocno akt, opraw mnie" - prosi w "Stygnę" i niespodziewanie zawisamy razem z nią gdzieś między niespełnieniem a namiętnym erotykiem.

Na klawiaturę samo ciśnie się porównanie, że - przy zachowaniu wszelkich proporcji - "Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!" jest w dyskografii Heya tym, czym "OK Computer" dla Radiohead. Jeśli zwyżka formy szczecińskiej grupy będzie nadal trwała, kto wie, z czym ten zespół wyskoczy następnym razem.

  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    14 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':