Kontenerowy szpital polowy stoi w Bydgoszczy. Wyjedzie do Afganistanu na przełomie października i listopada. Potwierdza to "Gazecie" mjr Mirosław Ochyra z Dowództwa Operacyjnego Sił Zbrojnych. Armia kupiła go kilka lat temu. W jego kontenerach można nie tylko przeprowadzać podstawowe zabiegi czy wykonać rentgen, ale też skomplikowane zabiegi chirurgiczne i dalsze leczenie specjalistyczne.
Własny szpital dodaje skrzydeł Do tej pory Polacy w Afganistanie mają w swojej głównej bazie w Ghazni tylko ambulatorium. W razie poważniejszych ran są przewożeni śmigłowcami do dużego amerykańskiego szpitala do bazy Bagram. To ponad godzina lotu śmigłowcem albo - jeśli jest zła pogoda - kilka godzin na kołach. A jeśli żołnierz jest ciężko ranny albo grozi mu śmierć (jak w przypadku rannego niedawno w wybuchu miny-pułapki), nie można go wysłać do Bagram, dopóki stan choć trochę się nie ustabilizuje.
Dlatego armia od roku chciała wysłać szpital kontenerowy. Poza profesjonalną opieką medyczną taki szpital poprawia też poczucie bezpieczeństwa żołnierzy. - Jeśli mają świadomość, że zajmą się nim lekarze w polskim szpitalu na miejscu, śmielej działają w akcji - mówi "Gazecie" wysokiej rangi wojskowy.
Takie psychologiczne wsparcie potwierdza Daniel Kubas, ranny jeszcze w Iraku, a dziś szef Stowarzyszenia Rannych i Poszkodowanych w Misjach Poza Granicami Kraju: - To ważne. Leżałem w amerykańskim szpitalu. Pomoc na bardzo wysokim poziomie, ale równie ważne było to, że byli tam akurat inni polscy żołnierze. Mogliśmy porozmawiać. Poza tym, nawet jeśli znam angielski, nie znam języka medycznego potrzebnego do komunikowania się z amerykańskim lekarzem.
Inni dodają, że własny szpital to również atut w kontaktach z Afgańczykami, którzy będą mogli z niego korzystać.
Liczenie rannych Dlaczego od roku szpitala nie można było wysłać? Problemem był transport: wielkie, tzw. czterdziestostopowe kontenery są trudne do przerzucenia w rejon misji. Rozwiązanie w końcu się znalazło: z Wrocławia polecą ona na pokładzie ukraińskich samolotów transportowych Rusłan do Bagram. Dalej na specjalnych lawetach ciężarówek przewiozą go Amerykanie.
Dowiedzieliśmy się, że szef szpitala w Bagram płk Joseph Chozinski, z pochodzenia Polak, wyśle do naszego szpitala także swoich lekarzy specjalistów. Bo Polacy mają kłopot ze skompletowaniem oddziału. - W mundurze służy mniej niż dziesięciu anestezjologów, brakuje też innych specjalistów. Odchodzą z armii, wybierają lepsze pieniądze na dyżurach i w prywatnych gabinetach jako cywile - mówi nasz informator z dowództwa polskiego wojska.
Jak się okazuje, wysłanie szpitala blokowała też opinia podległego
MON Inspektoratu Wojskowej Służby Zdrowia z początku tego roku. Czytamy w niej, że wysłanie szpitala do Afganistanu "należałoby perspektywicznie rozstrzygnąć w oparciu o realne wskaźniki strat sanitarnych". - W wojskowym języku chodzi o rannych. Uważali, że było ich za mało na taki szpital - mówi nasz informator. Pismo, które widzieliśmy, jest adresowane do szefa Dowództwa Operacyjnego gen. Bronisława Kwiatkowskiego. Podpisał je szef Inspektoratu gen. Andrzej Wiśniewski.
Daniel Kubas jest wściekły: - Jak inspektorat to liczy? Każdy widzi, co dzieje się w Afganistanie, polski szpital w Ghazni jest potrzebny.
Rzecznik MON Robert Rochowicz: - Istnienia dokumentu nie przypominają sobie ani adresat gen. Bronisław Kwiatkowski, ani szef inspektoratu gen. Andrzej Wiśniewski.
Ilu Polaków zostało rannych w Afganistanie? Armia nie podaje, ale w tym roku ich liczba rośnie szybko - zwłaszcza latem ataki na nas zdarzały się prawie codziennie, nawet po kilka razy.