http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

A ja, baran, zatrzymałem samochód

Katarzyna Wiśniewska
2009-10-19, ostatnia aktualizacja 2009-10-18 22:47

Przed morderstwem - dwa tygodnie, może trzy - zaczął mówić, że chyba się do niego dobiorą. Mówił: są coraz bliżej. Rozmowa z Waldemarem Chrostowskim, kierowcą ks. Jerzego Popiełuszki

Waldemar Chrostowski
Fot. Sławomir Kamiński / AG
Waldemar Chrostowski
Katarzyna Wiśniewska: Spędzał pan z ks. Jerzym dużo czasu, był pan jego kierowcą, ochroniarzem, przyjaźniliście się. Jaki był? Ile było w nim z bohatera, przyszłego męczennika?

Waldemar Chrostowski: Na co dzień to był normalny człowiek. Ale było w nim coś. Ludzie zawsze robili to, co im mówił. Gdy np. poprosił o ciszę, tłum potrafił zamilknąć. Tak było na pogrzebie Grzegorza Przemyka. Wystarczyło go raz zobaczyć, żeby coś się w człowieku zaczynało dziać. Trudno to opisać.

Przed kościołem św. Stanisława Kostki, gdzie odprawiał msze, zawsze było pełno esbeków, wozów MO. Jak na to reagował?

- Raz kazał zanieść im kawę. Tłumaczył: zimno, niech się ogrzeją. Poleciłem jakiemuś chłopakowi, by zaniósł im kawę, ale go popędzili. Do milicjantów ksiądz nigdy złego słowa nie powiedział. Ale musieliśmy uważać.

Robiliśmy takie numery, że wysiadał z samochodu i wchodził do jednej bramy, piątą wychodził, a ja tam czekałem. Uciekaliśmy tym, którzy za nami jeździli.

O czym rozmawialiście w samochodzie?

- Odmawialiśmy różaniec, potem wymienialiśmy parę słów: gdzie jedziemy, co tam będziemy robić, jak postępować. Jeździliśmy głównie na msze. Kpiny sobie czasem z milicji robiliśmy. Mieliśmy cały czas nasłuch z radia, które ksiądz dostał od Francuzów.

Gdy jechaliśmy na spotkanie z Ojcem Świętym, wjechałem na jakiś plac i jeździłem w kółko. A w radiu słyszeliśmy: ten... taki chyba o nas wie. I odpowiedź: to już nie czajcie się, jedźcie normalnie za nim.

Podobno ksiądz rozdawał swoje rzeczy.

- Tak, zawsze się znalazł ktoś, kto potrzebował. Oddawał ubrania, buty. Nawet byłem zły na niego. Tylko sweter miał ulubiony, połatany, który dostał od studentów. Chyba by go nie oddał. Gdy go ktoś o coś poprosił, wychodził z siebie, by to załatwić. Jak mi spalili mieszkanie, przysłał z pięciu chłopaków, w kilka dni naprawili.

Jeździł pan z nim do rodziców. Jaki był w domu?

- Wesoły, na luzie, wszystkich ściskał. Był zresztą bezpośredni dla wszystkich i dla wszystkich taki sam. Czy ktoś był studentem, czy ubekiem, traktował go jak człowieka. Niektórzy księża mieli mu za złe, że wychodzi do przodu, myśleli, że się chce pokazać. Ale on był skromny, nie uważał się za wyjątkowego. Choć wszyscy wiedzieli, że jest. W kościele zawsze były tłumy. Przekazywał ludziom to, co czuł, mówił prawdę, dzień po dniu, nie każdy to wtedy potrafił.

Miał psa, Tajniaka...

- Nazywał się Tajny, z angielskiego: drobny [tiny], ale wołali na niego Tajniak. Jerzy był do niego przywiązany. Ci, którzy byli przy księdzu, wyprowadzali go na spacer. Wokół kościoła pełno milicji, a oni na całe gardło: "Tajniak! Do nogi!". Pies został pochowany w pobliżu kościoła [św. Stanisława Kostki].

Jak ks. Jerzy reagował na prowokacje bezpieki, np. gdy podrzuci li mu do mieszkania cegłę z materiałem wybuchowym?

- Lekko. Nie wystraszył się. Przejął się tylko, że robią głupoty. Następnego dnia znów prowadził msze, nic go nie powstrzymało. Podrzucali mu do mieszkania ulotki, amunicję, by pokazać, że jest wrogiem. Byłem świadkiem jednej rewizji. Dał mi karteczkę do proboszcza - że to wszystko nieprawda.

A gdy czytał szkalujące go artykuły, np. te, które pod pseudonimem pisał Jerzy Urban?

- Śmiał się, że takie bzdury. Mówił: "Kto to czyta?! Chyba tylko ja".

W ogóle się nie bał?

- Przed morderstwem - dwa tygodnie, może trzy - zaczął mówić, że chyba się do niego dobiorą. Przeczuwał śmierć. Mówił: są coraz bliżej. Gdy wracaliśmy z Gdańska, była pierwsza próba zamachu, udało nam się uciec.

To było sześć dni przed zbrodnią. Kapitan SB Grzegorz Piotrowski, późniejszy morderca, rzucił kamieniem w okno samochodu.

- Ksiądz powtarzał, że się zbliżają. Ale mówił spokojnie, bez strachu. Propozycje wyjazdu do Rzymu, które miał od Prymasa, odrzucał, bo ludzi nie może zostawić. Sam zachodziłem w głowę jak to możliwe, że się nie bał. Pewnie dlatego jest już prawie świętym.

O czym rozmawialiście w dniu jego śmierci, w drodze do Bydgoszczy?

- Opowiedział, jak w dzieciństwie robił ludziki z kasztanów i przebił sobie rękę gwoździem. I pomyślał wtedy, że ma ranę jak Chrystus na krzyżu. Gdy wracaliśmy, miał stan podgorączkowy. Potem nas zatrzymali. A ja, baran, zatrzymałem samochód! Jerzy prosił, żeby stanąć, jak każą. Wciąż mam poczucie winy. Założyli mi kajdanki i przystawili lufę. Widziałem, jak go pro wadzą, nie było szarpaniny, on był szczupły, oni byki. Wyskoczyłem z samochodu, by choć zostawić jakiś ślad. Dziwię się, że przeżyłem.

Często pan myśli o księdzu Jerzym?

- A jak inaczej? To siedzi w głowie. Myślę, jaki był. I że powinien być dzisiaj z nami.

*

Waldemar Chrostowski - przyjaciel, ochroniarz i kierowca ks. Popiełuszki. Porwany razem z nim, wyskoczył z pędzącego samochodu. Dzięki niemu ustalono tożsamość morderców

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':