System sprzedaży żywności na kartki
Kuba wprowadziła w 1962 r. Od tego czasu żywności stale brakuje, a 11 mln mieszkańców wyspy kombinuje jak się da - np. kradnąc ją z państwowych zapasów lub kupując na wolnym rynku za dewizy przysyłane na wyspę przez 2 mln uchodźców.
Jednak ostatni
kryzys gospodarczy oraz postępujący upadek kubańskiej gospodarki sprawiły, że tak źle nie było jeszcze nigdy. Kuba importuje 80 proc. całej żywności. A 80 proc. żywności produkowanej na wyspie wytwarzają drobni rolnicy, którzy uprawiają zaledwie 20 proc. ziemi ornej. Reszta ziemi jest w rękach państwa i albo leży odłogiem, albo jest fatalnie zarządzana.
Zapowiedź zniesienia systemu kartkowego ogłosiła kilka dni temu oficjalna gazeta partyjna "Granma". Jej redaktor naczelny Lazaro Barredo napisał, że kartki "były koniecznością w pewnym momencie historycznym", jednak dzisiaj stały się "nieracjonalnym wyrazem darmowego rozdawnictwa oraz milionowych dotacji nie do utrzymania", a także symbolem "szkodliwego paternalizmu" i "przeszkodą w podjęciu koniecznych decyzji, którym naród musi stawić czoła".
Dwa tygodnie temu rząd zapowiedział już likwidację systemu dotowanego zbiorowego żywienia, dzięki któremu w 25 tys. stołówek w zakładach pracy niemal darmowy
obiad je codziennie ponad 3,5 mln Kubańczyków.
Dziś dorosły Kubańczyk dostaje co miesiąc kartki na 3,5 kg ryżu, 2,5 kg cukru, 230 g oleju jadalnego, dziesięć jaj, 460 g kurczaka, 460 g makaronu, 115 g kawy. Ma także prawo do bochenka chleba dziennie. Dzieci otrzymują 1 litr mleka dziennie.