http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Teksty

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum RSS Wyborcza.pl

Kościół słucha kobiet? Tak, w konfesjonale

Jarosław Makowski
2009-10-17, ostatnia aktualizacja 2009-10-17 12:07

Czyż nie jest "znakiem czasu", że - kiedy w nowoczesnych społeczeństwach pogłębia się samoświadomość kobiet co do ich dziejowej roli i misji - Benedykt XVI nie wygłosił do nich żadnego ważnego przesłania? - pisze Jarosław Makowski


Fot. Robert Górecki / AG
Kościół strzela sobie w stopę, kiedy sprowadza rolę kobiet do zapełniania niedzielnych ław w czasie mszy, gotowania księżom czy sprzątania świątyń. Kościół zabija "geniusz kobiety", gdy widzi ją tylko w roli matki i gospodyni, ale już nie menedżerki czy liderki. I wreszcie Kościół okazuje się krótkowzroczny, gdy lekką ręką odbiera prawo artykułowania swych racji połowie wiernych tylko dlatego, że są kobietami.

Jako mężczyzna opowiadam się za większym udziałem kobiet w decydowaniu o jego obliczu. Czynię tak dlatego, gdyż w skutecznym głoszeniu Ewangelii Kościół potrzebuje talentów naszych sióstr tak, jak człowiek potrzebuje powietrza, by przeżyć.

Podwójne miary

Już słyszę, że kobiety w Kościele sprawdzają się w innych rolach. A więc realizują się jako pobożne katoliczki, gdy wychowują dzieci, spełniają się jako istoty ludzkie, gdy dbają o domowe ognisko, odsłaniają swą społeczną wrażliwość, kiedy angażują się w prace charytatywne. Tyle że - opowiadając się za "promocją kobiet" - nikt przy zdrowych zmysłach nie odbiera im prawa do bycia dobrymi matkami, żonami czy obywatelkami. To byłby absurd.

Do myślenia za to dają podwójne miary, jakie stosuje się wobec mężczyzn i kobiet. Zauważmy: jeśli żonaty mężczyzna chce zostać stałym diakonem, nikt nie podnosi argumentu, że zaangażowanie na rzecz parafii sprawi, iż przestanie być on dobrym ojcem czy mężem. Jeśli kobiety domagają się dziś choćby dla siebie święceń diakonatu, natychmiast pojawia się pytanie: a kto zajmie się dziećmi i domem? Kłody, które rzuca się kobietom w drodze do twórczego zaangażowania na rzecz wspólnoty wiernych, są owocem zasady: "to mężczyźni rządzą Kościołem".

Czyż jednak kryzys Kościoła czy szerzej - kryzys Boga, o którym mówi papież - nie wziął się z pewnego modelu religijności, który jest pisany i interpretowany jedynie przez mężczyzn - najczęściej celibatariuszy? Czy obecna miałkość doświadczenia religijnego nie jest owocem tego, że w oficjalnym nauczaniu kościelnym ze świecą szukać odniesień do religijnego doświadczenia współczesnych kobiet? Czy nie jest znakiem czasu, że - kiedy w nowoczesnych społeczeństwach dokonuje się pogłębiona samoświadomość co do ich dziejowej roli i misji - Benedykt w czasie pięciu lat swego pontyfikatu nie wygłosił do nich żadnego ważnego przesłania?

Kobiety słucham tylko w konfesjonale

Sobór Watykański II był rodzajem "rewolucji kopernikańskiej" w Kościele. Zmienił podejście Kościoła - z negatywnego na pozytywny - nie tylko wobec demokracji czy wolności religijnej, ale dostrzeżono też konieczność rewizji nauczania w kwestii kobiecej. Na trzecią sesję soborowych obrad zaproszono panie. Paweł VI, chcąc podkreślić przełomowość chwili, mówił: "Jestem szczęśliwy, że możemy powitać nasze córki, umiłowane w Chrystusie, pierwsze kobiety, które w historii Kościoła biorą udział w zgromadzeniu soborowym". Sęk w tym, że podczas wystąpienia papieża na sali nie było żadnej kobiety. Zapomniano rozesłać do nich zaproszenia...

Dziś takie zachowanie jest nie do pomyślenia. Kościół - szczególnie wobec szybko rozwijającego się świeckiego ruchu feministycznego, który określił "znakiem czasu" - stara się odrobić "zawaloną" lekcję. Ustami swych papieży, Jana XXIII i Pawła VI, a szczególnie Jana Pawła II, zaczął mówić o "nowym feminizmie" i "promocji kobiet".

Papież Polak opowiedział się za wzrostem "obecności kobiet w życiu społecznym, ekonomicznym i politycznym na szczeblu lokalnym, krajowym i międzynarodowym (...) jako procesie dobroczynnym". Postulował pełniejszy udział kobiet także w życiu kościelnym. "Kościół, dla dobra swojego i swojej misji, musi uznać wszystkie talenty kobiet i mężczyzn i zastosować je w praktyce". A w słynnym "Liście do kobiet" (1995 r.) papież mówił o winach synów Kościoła wobec kobiet, których świadomość powinna stać się impulsem "do odnowy wierności wobec ducha Ewangelii, która właśnie w odniesieniu do kwestii wyzwolenia kobiet spod wszelkich form ucisku i dominacji głosi zawsze aktualne orędzie płynące z postawy samego Chrystusa".

Afirmatywnych wypowiedzi wobec kobiet można znaleźć bez liku. Czyż więc Kościół nie jawi się tu jako instytucja, która niejako zawodowo zajmuje się promocją kobiet? Sęk w tym, że nigdzie przepaść między teorią a praktyką nie jest rozdzielona grubym murem w tak jawny sposób, jak właśnie w przypadku kwestii kobiecej. Po pierwsze, księża obudzeni o północy wyrecytują nauczanie Jana Pawła II na temat antykoncepcji czy obrony życia, ale jego nauczanie o "nowym feminizmie" traktują z przymrużeniem oka. Po drugie, zawsze pod ręką mają odpowiedni fragment Biblii, jak ten o nakazie milczenia kobiet w czasie zgromadzeń, by uciszyć głosy co "bezczelniejszych" katoliczek, które znudziła rola "kościelnych statystek". I po trzecie, kapłani ignorują zdanie kobiet, gdyż króluje przekonanie, że nie mają one nic ważnego do powiedzenia. Wśród księży krąży nawet dowcip mówiący o tym, że jedynym miejscem, w którym ich słuchają, jest konfesjonał. I choć to żart, to jest w nim więcej niż ziarenko prawdy.

Rozpieszczani mężczyźni, emigrujące kobiety

Ale wina za usypianie kościelnej samoświadomości kobiet nie leży tylko po stronie katolickiej praktyki klerykalnej i tradycji. Niemało winy ponoszą same kobiety. Odkryłem to, kiedy pracując nad książką "Kobiety uczą Kościół", przeprowadzałem rozmowę z s. Małgorzatą Chmielewską. Na pytanie, skąd bierze się lekceważący stosunek księży i szerzej, mężczyzn, do kobiet, s. Chmielewska rzekła: "Bo my, kobiety, rozpieszczamy mężczyzn".

Zaczyna się to już w chwili, kiedy chłopak idzie do seminarium. Wtedy rodzina traktuje swego syna niemal jak "półboga". Kiedy kleryk odwiedza dom, matka zachowuje się wobec niego jak niewolnica - podaje do stołu, prasuje, pierze skarpety, a babcia całuje wnuczka po rękach. Siostra Chmielewska zauważa, że w seminarium, gdzie to zazwyczaj siostry posługują klerykom, nikt nie uczy przyszłych kapłanów szacunku wobec ich pracy. Siostry zakonne po to są, by gotować, sprzątać i prasować.

Innym jeszcze problemem jest to, że większość katoliczek nie widzi potrzeby zmian. W każdej próbie co odważniejszych kobiet domagających się większych możliwości oddziaływania na Kościół tradycjonalistki dostrzegają przejaw feminizacji wiary. A feminizmu boją się jak diabeł święconej wody, bo kojarzy im się głównie z antymęską, antyklerykalną, antyrodzinną i antykościelną ideologią.

Cóż więc mają robić te kobiety, które czują się i katoliczkami, i feministkami? Choć nie dysponuję tu żadnymi twardymi danymi socjologicznymi (nie spotkałem takich), a jedynie wiedzą z rozmów przeprowadzonych z wieloma młodymi, ambitnymi i dobrze wykształconymi kobietami, to wniosek jest jeden: emigracja. Jedne kobiety zwracają Kościołowi bilet, radykalnie prywatyzując swoją wiarę. Drugie szukają "kościelnych nisz", gdzie - jako kobiety niezależne i silne - twórczo realizują się duchowo.

Na pierwszym planie zostają katoliczki tradycjonalistki. To one więc nadają ton kościelnemu życiu w kwestiach kobiecych. I tak to błędne koło się domyka, a idea "promocji kobiet" leży odłogiem.

Kapłaństwo kobiet? Ostrożnie!

Już sama wzmianka o tym działa na polskich hierarchów jak czerwona płachta na byka. "Kobieta nie może zostać prawdziwym kapłanem" - zawyrokował prymas Józef Glemp. Dodał jednak, że "kobiety nie mogą rezygnować z godności bycia matką kapłanów". Rola kobiety sprowadza się w tej logice do roli inkubatora, w którym przez chwile dorastają przyszli księża.

Ale ks. Alfons J. Skowronek ma odwagę mówić, co uczynił też na tych łamach, że w dzisiejszych czasach odmowy ordynacji kobiet nie da się "utrzymać, bo nie licuje nie tylko z zasadą równości kobiet, ale także z ich godnością i wrażliwością".

Źródło: Gazeta Wyborcza

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

4.3

14 głosów

W środę z ''Gazetą''
* Gazeta Dom
* Zdrowa środa: Urazy ortopedyczne