http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Hołd antybohaterowi

Aleksander Smolar, prezes Fundacji Batorego
2009-10-19, ostatnia aktualizacja 2009-10-16 17:05

Marek Edelman bez przerwy przekłuwał balony narodowych mitologii. Nie rozumiał, czy też zupełnie go nie obchodziła waga mitów dla budowania wspólnoty. On po prostu mówił prawdę


Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
RAPORTY
Marek Edelman był dla mnie człowiekiem ważnym: ze względu na jego rolę w powstaniu w getcie, udział w Powstaniu Warszawskim, dlatego że systematycznie odmawiał współpracy z władzą komunistyczną i później zaangażował się w działania opozycji. Równie ważna była druga strona jego biografii: lekarz, wybitny diagnosta, przeciwnik pana Boga w walce o każdego człowieka pozostającego między życiem a śmiercią.

Odwaga, upór, moralne wyczucie, niezłomność dodawały wiarygodności temu, czym był, temu, co mówił, i co dla mnie było naprawdę ważne.

Jak być Polakiem, nie przestając być Żydem?

Zarówno gdy z Polski wyjeżdżałem, jak i po powrocie obserwowałem czujnie wybory dokonywane przez przyjaciół i ludzi mi obcych, ale znajdujących się w podobnej do mojej sytuacji. Rzadko wybory te mogłem zaakceptować w pełni. Jak być Polakiem, nie przestając być Żydem? Przez wierność, upór, przez pamięć o najbliższych i dalszych, przez poczucie godności i dumy z wielkości tradycji i historii, z której się wywodzę.

Wśród bliskich widziałem takich, którzy od Polski się odwracali. Takich, których przeciwnie, żarliwy patriotyzm pchał ku wyborom, wypowiedziom, jakich nie mogłem zaakceptować. Byli tacy, wśród najwybitniejszych, którzy przyjmowali postawę liberałów integralnych, dla których - dawali do zrozumienia, w dobrej czy złej wierze - ten problem w istocie nie istniał. Byli też tacy, którzy swój żydowski problem rozwiązywali antysemickimi szmoncesami.

Na tym tle Marek mnie fascynował. Był jednocześnie moim współczesnym, kimś bliskim, i był emisariuszem pokolenia wymarłego, owym stróżem pamięci. Jego wspomnienia, ale też poczucie humoru, aluzje, odniesienia kulturowe, jego sarkazm, typ ironii, melodia jego polszczyzny ewokowały czasy, których pamiętać nie mogłem. Przypominały mi dzieciństwo i środowisko ludzi, którzy rozpierzchli się po świecie.

Marek był Żydem z pochodzenia i wyboru. Nie mógł być nikim innym. Był Żydem polskim. Będąc żarliwym mieszkańcem, patriotą świata umarłych, był zarazem aktywnym obywatelem świata żywych: Polaków. Jako obywatel i jako lekarz.

Marek stał się osobą publiczną dopiero dzięki książce Hanny Krall "Zdążyć przed panem Bogiem" - zdążyć, ratując ludzi, choć na chwilę przed spotkaniem z powołującym ich do siebie Bogiem. Marek nigdy nie akceptował ani wyroków boskich, ani ludzkich. Próbował zawsze ratować ludzi przed jednymi i drugimi.

Marek nigdy nie grał żadnej roli. Nie było w nim najmniejszego snobizmu, nie krył się za maskami. Nie znosił ludzi - a namnożyło się ich wraz z postępami demokracji, również wśród bliskich mu - nadymających się, kolekcjonujących warstwy tłuszczu, wzdęcia pychy. Miał ironiczny stosunek do honorów, stanowisk, odznaczeń. Chociaż nie odmawiał ich przyjmowania ani nie unikał hołdów wielkich tego świata: bardziej zresztą zagranicznych niż polskich. Przyjmował je w sposób naturalny, znając swoją wartość. I starał się wykorzystywać zawarte znajomości. Pisał listy, ogłaszał apele, walcząc o prześladowanych w różnych częściach świata: Albańczyków z Kosowa, Palestyńczyków czy przetrzymywaną w więzieniu panią doktor. Apele jego publikowały największe gazety świata. To nie znaczy, że odnosiły znaczący skutek.

Nie widział diabła w polityce

Jego logika moralnego protestu, współczucia dla konkretnej osoby zderzała się z mechaniką wielkich konfliktów, z logiką "racji stanu", z bezdusznością wielkich liczb. Jakie szanse w takim świecie miały interwencje łódzkiego doktora z warszawskiego getta w odległe sprawy krzywdzonych ludzi?

Marek był głęboko pesymistyczny, jeżeli chodzi o naturę ludzką i kierunek, w jakim zmierza świat. Ale ten pesymizm nigdy nie prowadził do zobojętnienia czy cynizmu. Nieuchronność kataklizmu, w który wierzył, chociaż różnie go w różnych momentach opisywał, nie miała wpływu na wolę walki o losy konkretnego człowieka. Pesymizm historiozoficzny i obowiązek nadziei w każdej konkretnej sprawie - w taki skomplikowany wzór układał się imperatyw kategoryczny Marka.

Autentyzm Marka. Słowo nie brzmi dziś dobrze. Jest w nim odwrócenie się od świata ku własnemu wnętrzu, własnej tożsamości i duszy. Jego autentyczność nie wynikała z refleksji filozoficznej czy wiary religijnej. Była osadzona w paru podstawowych przekonaniach, żarliwie, bez wahań wyznawanych. Jego autentyzm wyrażał się również w bezproblemowym łączeniu jego części żydowskiej i jego pasji polskich. To mogło być problemem dla innych - nie dla niego.

Marek pasjonował się polityką. Przez dwadzieścia lat Polski niepodległej angażował się, po raz pierwszy od czasów socjalistycznego, żydowskiego Bundu, w politykę partyjną. Ale tak naprawdę był osobą głęboko antypolityczną. Nie mógł zaakceptować, że polityka nie jest domeną bezpośredniego realizowania wskazań etycznych. Potępiał każde działanie, które nie zdawało egzaminu jego wyśrubowanych oczekiwań moralnych. Nie widział diabła w polityce, nie rozumiał, że polityka nie jest dziedziną osiągania dobra, lecz minimalizowania zła zawartego w człowieku, w życiu społecznym. W kolejnych partiach, do których należał, nie szukał skutecznego działania, realizowania konkretnych programów naprawy państwa (no, może z wyjątkiem służby zdrowia). Odnosiłem często wrażenie, że szukał tej Polski, w której czuł się dobrze, z którą się utożsamiał. Nie przypadkiem porównywał te partie do ukochanej, jedynej naprawdę jego partii, nieboszczki Bund.

Honor zgładzonych Żydów

Marek pomagał mi, chociaż nie mogłem ani nie pragnąłem go naśladować. Bo jakżebym mógł naśladować jego autentyczne żydostwo, od którego zostałem odcięty przez historię, wybory rodziców, a i też moje własne decyzje na rzecz Polski i polskości. Pomagał mi, pokazując naturalność dokonywania wyborów, które tak nie pasowały do tragicznej historii Polski: jednokulturowej, jednoetnicznej, jednojęzykowej, zendekoizowanej. Pisał Poeta: "Jest spadkobiercą ONR-u Partia". Również my wszyscy, choć nie jesteśmy temu winni, jesteśmy spadkobiercami ONR-u, ze względu na kształt, jaki Polska przybrała.

Marek pomagał mi też w godzeniu się z żydowską historią. Jej najbardziej tragiczny rozdział był nie do pojęcia. Dla ludzi wierzących był to problem milczenia Boga, absurdalnej niesprawiedliwości, której nie mogą uzasadnić żadne "niezbadane wyroki", żaden grzech narodu Izraela. Dla ludzi niewierzących problemem było to, co Żydom w czasie wojny i po wojnie wytykano: apatię, bezwolność, brak oporu.

Ile to razy można było usłyszeć i przeczytać o Żydach idących jak owce (czy barany) na rzeź. W opiniach tych było wiele ukrytego antysemityzmu, choć formułowali je również wybitni Żydzi (np. Hannah Arendt, czy historyk Raul Hilberg). Cała ideologia syjonizmu konstruującą Izrael oparta była na odrzuceniu historii i mentalności Żydów diaspory, doświadczenia dwóch tysięcy lat, którego ukoronowaniem miała być niegodna śmierć czasów Zagłady. Syjonizm heroizował ostatni akt wolnych Żydów przed wygnaniem - powstanie Bar Kochby, i ostatni akt Żydów diaspory - powstanie w getcie warszawskim. Widać absurdalność tych zarzutów, jeżeli z perspektywy naszej dzisiejszej wiedzy spojrzymy na doświadczenia innych narodów poddanych niszczącemu działaniu maszynerii totalitarnej; historię milionów ludzi pozbawionych wspólnoty, więzi społecznej, elit, postawionych w sytuacji skrajnego osamotnienia i fizycznego wyniszczenia, tracących zdolność oporu i nadziei.

Marek i jego towarzysze na tle takiego obrazu Żydów wyrastali na herosów. Walczyli bez jakiejkolwiek nadziei i ratowali honor nikczemnie ginących Żydów. Przy takiej interpretacji Żydów pozbawiano godności dwukrotnie. Przez masowy mord z ręki Niemców, ale też z niemałym w Europie udziałem ludności i obojętności innych. I drugi raz - gdy surowo osądzano ich tragiczną, nieludzką śmierć. Marek, człowiek o świadomości nieskolonizowanej przez normy i stereotypy otaczającego świata, drwił z takiej interpretacji. Nie będąc człowiekiem religijnym, nie mógł bronić ofiar ich nadzieją na interwencję Jehowy. Po prostu widział codzienny heroizm w odpowiedzialności wobec najbliższych w godzinie tragicznej, samotnej i beznadziejnej próby; w woli pozostania z nimi do końca, dodania otuchy, odrobiny ludzkiego ciepła w świecie nieludzkim, w świecie całkowitej, bezbrzeżnej samotności.

Marek był konsekwentny. Z jego interpretacji Zagłady wynikał też jego dość lekceważący stosunek do bohaterstwa przypisywanego jemu i jego przyjaciołom. W świecie nieludzkim nieludzkie gesty były często najbardziej heroiczne. Jak choćby postawa owej lekarki pozbawiającej życia dzieci, aby oszczędzić im i ich rodzicom nieuchronnego cierpienia. Jak stosować normalne miary w takim świecie?

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    18 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':