Ostatni raz uścisnąłem rękę Marka Edelmana 29 lipca, siedząc obok niego i Barbary Skargi nad grobem Leszka Kołakowskiego. Już ich potem nie spotkałem.
Z Markiem Edelmanem łączyła nas wspólnota postaw, której źródłem była codzienność okupowanej Warszawy lat II wojny światowej. Wtedy go nie poznałem. Nie wiedziałem nawet o jego istnieniu, tak jak i on z pewnością nie wiedział o moim. Choć codziennie obracaliśmy się w bardzo nieznacznej odległości od siebie: przypadek sprawił, że jeden z głównych lokali konspiracyjnych, w którym przebywałem kilka razy w tygodniu, mieścił się przy ul. Mławskiej 5, kilkadziesiąt metrów od Bonifraterskiej, gdzie w heroicznych dniach powstania w getcie
Marek Edelman dowodził w operacjach bojowych przeciwko SS i policji niemieckiej w kwietniu-maju 1943 r.
To niemal symboliczne: byliśmy po obu stronach muru, na tym samym jego odcinku: ja - Polak, warszawiak, katolik, ale już były więzień Auschwitz; on - już od 1940 r. więzień getta, rzadko je opuszczający. Wtedy nie było wiadomo - tak jak wiadomo dziś - że Żydzi byli skazani na śmierć.
Oczywiście Polacy chrześcijanie też byli dotkliwie represjonowani, ale po pierwsze, nie wszyscy, po drugie, nie w ten sam sposób, choć w tym samym czasie. Przy całym podobieństwie losu, gdy myślę o ludziach takich jak Edelman i różnych przyjaciołach z getta, zawsze sobie tę różnicę uprzytomniam.
Wychowała go partia Motywację Edelmana do zaangażowania w samopomoc i opór pośrednio poznałem bardzo wcześnie. Łączy się to z historią Leona Feinera. Spotkałem go jesienią 1942 r. Był adwokatem z zaboru austriackiego, ze studiami jeszcze z czasów Habsburgów, praktykującym przed wojną w Krakowie. W czasie okupacji reprezentował Bund, "centralny ruch żydowskich mas pracujących", po stronie aryjskiej w Warszawie. W Krakowie był zbyt znany, by chodzić po centrum miasta; w Warszawie mieszkał na Żoliborzu, niedaleko mnie. Wbrew wszystkim zasadom konspiracji spotykaliśmy się na krótko przed godziną policyjną na ul. Krasińskiego między Wisłą a pl. Wilsona i rozmawialiśmy o życiu. Nie znaliśmy swoich nazwisk. Wiedziałem, że jest adwokatem i bundowcem, a on wiedział, że jestem jednym z założycieli Rady Pomocy Żydom "Żegota", w której sam pełnił funkcję wiceprzewodniczącego. Znałem jego pseudonimy, "Mikołaj" i "Berezowski"; on do mnie mówił "Panie Ludwiku". To był mój pseudonim w Żegocie. (Jeszcze lata po wojnie w kawiarni w Tel Awiwie wybitny syjonista Adolf Berman, mówił do mnie "Panie Ludwiku".)
Feiner był dla mnie przedstawicielem dobrych, romantyczno-realistycznych tradycji polskiego socjalizmu. Łączył romantyzm i idealizm właściwe początkom polskiego ruchu socjalistycznego z poczuciem realizmu adwokata. Widział miejsce nie tylko dla myśli rewolucyjnej, lecz także pozytywistycznej (zwłaszcza że w autonomicznej Galicji można było po prostu coś legalnie zrobić). W tym myśleniu romantyzm wojował z różnymi praktycznymi pomysłami socjalnych reform i namysłem nad błędami drapieżnego kapitalizmu. Dla mnie, człowieka z pokolenia syna Feinera, była to interesująca mieszanka.
Feiner współopracowywał i podpisywał raporty o zagładzie Żydów, które Karski wywiózł do Londynu w październiku 1942 r. Poznałem go mniej więcej w tym czasie.
Dlaczego wspominam Feinera, mówiąc o Edelmanie? Bo to był jeden z jego mistrzów. Edelman mówił o sobie - a miał trudne warunki rodzinne - że wychowała go partia.
Feiner umarł na raka, który musiał go trawić od dawna, na początku 1945 r. w czasie powojennego chaosu. Edelman odwiedzał go w szpitalu. Zapamiętał jego poczucie obowiązku i służby: jeszcze na łożu śmierci pytał o partyjne sprawozdania i materiały. Edelman wspomina to z największym szacunkiem.
Spotkałem Feinera po raz ostatni w Powstaniu Warszawskim, gdzieś w połowie sierpnia 1944 r., gdy jeszcze powstaniu nie wiodło się najgorzej. Spotkaliśmy się na schodach domu przy Marszałkowskiej 62 - do dziś stojącej pięciopiętrowej kamienicy. Była tam nasza placówka i Feiner, z drugim starszym panem, szli spotkać się z moim szefem z AK, adwokatem dr. Kazimierzem Ostrowskim, po wojnie znanym obrońcą politycznym. Feiner otwiera ramiona, ściska mnie. Mówi, ze łzami w oczach: "Panie Ludwiku! Polska jest wolna! Flagi biało-czerwone wiszą z okien!". Promieniał polskim romantyzmem. Później się dowiedziałem, że szedł z nim Antoni Pajdak, jego przyjaciel z PPS, później więzień w procesie moskiewskim przywódców polskiego podziemia.
Walczyliśmy o to samo Tacy ludzie jak Feiner kształtowali poglądy Edelmana. Dziś niektórzy - także w Izraelu - dziwią się, że Edelman pozostał w Polsce. Że wybrał życie skomplikowane tu, w dodatku będąc socjalistą świadomym zbrodni stalinizmu i komunizmu. Bo to absolutnie nie był człowiek naiwny. Czy jednak taki człowiek - który płakał widząc biało-czerwone flagi - rozważałby konieczność emigracji? Takie Edelman dostał wychowanie: my jesteśmy stąd, tu chcemy rozwijać nasze życie, mieć wszelkie prawa i obowiązki.
Notabene było dla mnie zaskakujące, że antagonizm syjonistów i socjalistów trwał nawet w obliczu Zagłady. Wprawdzie nie byłem wychowany antysemicko, ale w
gimnazjum często słyszałem naiwny pogląd, że "Żydzi zawsze trzymają się razem". Tymczasem moje kontakty z bundowcami i syjonistami wskazywały na coś przeciwnego. Zresztą w kacetach i Polacy - endecy, socjaliści czy komuniści - także z trudem współpracowali ze sobą. W obliczu śmierci! Były to dla mnie nowe obserwacje, dziś mam 88 lat i już mnie to nie dziwi.
Pierwsze konkretne wiadomości o Marku Edelmanie doszły mnie, gdy już po wojnie robiono obrachunki walk w getcie. My, Polacy, działający w Żegocie byliśmy w stałym kontakcie. Po wojnie jednak przeważnie siedziałem w więzieniu. Do Warszawy wróciłem w 1955 r. Zaczęła się fala politycznej odwilży, która pozwalała na retrospekcję i namysł. W tej atmosferze wszystkie dyskusje stały się możliwe.
Poznałem Edelmana chyba dopiero w 1958 r., przy okazji przyjazdu delegacji z Izraela na 15-lecie walk w getcie. Nigdy się nie wychylał, ale znałem jego ważną broszurkę "Getto walczy". Uderzała w niej powściągliwość sformułowań. Nigdy nie używał słowa "powstanie", tylko "samoobrona". W getcie walczyli o godność, o prawo do godnego umierania, o ludzką podmiotowość. To do mnie przemawiało. Bo w końcu, o co nam chodziło w Powstaniu Warszawskim, gdy już się wszystko waliło? Tylko o naszą godność i podmiotowość. Przecież nie o to, by pokonać dwie potęgi wojskowe stojące nad Wisłą. Znaleźliśmy się w tej samej sytuacji.
Gdy w ramach demonstrowania odwilży 1956 r. tygodnik "Stolica" został oddany w ręce bezpartyjnych dziennikarzy, kilka razy ogłaszałem w nim historię walk w getcie - jako materiał historyczny o Warszawie. Od 1958 r. drukowałem też duże artykuły o tematach żydowskich w "Tygodniku Powszechnym". Jako sekretarz redakcji "Stolicy" zaproponowałem Edelmanowi wiosną 1960 r. spacer po terenach walk. Myśleliśmy, że ludzie 15 lat po wojnie już nie wiedzą, jak to było. Tekst ukazał się w kwietniu: był to szczególny dokument - uczestnik wydarzeń mówił do świadka "z drugiej strony".
Ta znajomość nie nabrała wymiaru przyjaźni - był to raczej stosunek daleko posuniętej bliskości czy bliskiej dalekości. Marek był człowiekiem szorstkim, chropowatym, ale solidnym, stałym w ocenach i poglądach. Ufaliśmy sobie.
Był kawalerem francuskiej Legii Honorowej. Ja dostałem ją kilka miesięcy temu. Nagle telefon do mnie późnym wieczorem. Edelman dzwonił rzadko. Nigdy się nie przedstawiał. Słyszę: "Ha. To gratuluję kawalerowi orderu". Na to ja: "To co? Kawalerowie sobie gratulują?" Wtedy on: "Niech tak będzie. Ale dobrze się stało". I odłożył słuchawkę.
To był cały Edelman.
Not. Adam Leszczyński
*
Władysław Bartoszewski - historyk, dziennikarz i polityk. W czasie II wojny światowej więzień Auschwitz, działacz ruchu oporu, w tym Rady Pomocy Żydom "Żegota". Po wojnie wielokrotnie więziony i represjonowany przez władze komunistyczne. Autor wielu książek historycznych o stosunkach polsko-żydowskich i historii Warszawy, wykładał na uniwersytetach w Polsce i za granicą. Po 1989 r. senator, ambasador RP w Wiedniu, pełnomocnik rządu Donalda Tuska ds. relacji międzynarodowych