http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

I Bóg zesłał Nigeryjczykom Babatunde Fasholę

Remigiusz Adekoya, Lagos
2009-10-16, ostatnia aktualizacja 2009-10-16 15:28

Lagos - miastem, w którym mieszka 20 mln ludzi i które jak Nowy Jork nigdy nie kładzie się spać - rządzi Babatunde Fashola. Nigeryjczycy marzą, by został ich prezydentem

ZOBACZ TAKŻE
Lagos - gospodarcza metropolia Nigerii, gdzie mieszka prawie 150 mln ludzi (co czwarty mieszkaniec Afryki) - to jedno z największych miast świata. Od piątej rano do północy ulice tego ogromnego, rozrzuconego na lagunach i wyspach miasta duszą się w kilometrowych korkach. Według Mercer Human Resources Lagos jest 30. najdroższym miastem świata, droższym niż Warszawa (35. na liście).

Trzeba się nieźle starać, żeby się tu utrzymać. A mimo to miliony Nigeryjczyków wciąż przybywają do miasta. Bo Lagos, jak kiedyś Nowy Jork, daje nieograniczone możliwości, a biedak z dnia na dzień może stać się tu bogaczem. Biedacy, którzy stanowią większość nigeryjskiego społeczeństwa, ściągają do miasta w poszukiwaniu lepszego życia.

Nie tylko Lagos, ale także żadne inne miasto nie byłoby w stanie ugościć takiej masy przybyszów. 30 lat temu mieszkało tu ledwie 2 mln ludzi, a już wtedy Lagos zaliczał się do światowych metropolii. Dziś z powodu gigantycznego ruchu ludzie spędzają w korkach czwartą część dnia, szpitale nie radzą sobie z masą pacjentów, policja nie nadąża z łapaniem przestępców, a na obrzeżach miasta wyrastają dzielnice slumsów.

Rozrośnięte do monstrualnych rozmiarów miasto ze swymi monstrualnymi problemami uchodziło za symbol afrykańskiego bałaganu, upadku, korupcji i nepotyzmu. Żadnemu z gubernatorów Lagos nie udało się tego zmienić. Wszyscy obiecywali, a wielu nawet się starało, ale po kilku miesiącach urzędowania się poddawali. Ogrom problemów ich przytłaczał. Po roku zajmowali się już tylko pomnażaniem zer na kontach i załatwianiem posad i kontraktów znajomym i krewnym.

Gubernator zaczyna od dzikich targów

Aż pojawił się Babatunde Fashola, obywatel Lagos w piątym pokoleniu, człowiek o łagodnym głosie i powściągliwym usposobieniu, kompletnie niepodobny do typowego nigeryjskiego polityka. Zanim w maju 2007 r. został wybrany na mera Lagos, był szefem gabinetu swojego poprzednika Asiwaju Boli Ahmeda Tinubu, a wcześniej jego wspólnikiem w kancelarii prawnej.

Wygrał wybory dzięki poparciu opozycyjnej, ale za to najsilniejszej i najbardziej wpływowej w Lagos partii Action Congress. Też wiele obiecywał, ale ludzie w Nigerii już dawno przestali poważnie traktować słowa polityków. Nie było takiej obietnicy, której by nie złożono i nie złamano.

Nowy gubernator zaczął od posłania spychaczy do Oshodi, dzielnicy uchodzącej nawet w Lagos za symbol chaosu, bezprawia i przemocy, gdzie wznoszone bez niczyjej zgody targowiska zajmowały większość ulic, czyniąc okolicę kompletnie nieprzejezdną.

Spychacze zrównały z ziemią dzikie stragany, a policja przegnała złodziejów i rzezimieszków. Kiedyś podróż przez Oshodi zajmowała pięć godzin, a podróżny musiał liczyć się z napadem i rabunkiem. Dziś przez dzielnicę przejeżdża się w kilka minut i bez strachu.

Zaraz potem gubernator naprawił uliczne latarnie i sygnalizację świetlną. Na ulicach pojawili się robotnicy remontujący drogi i mosty, oczyszczający systemy kanalizacyjne. Gubernator kazał też wydzielić na ulicach buspasy dla autobusów dalekobieżnych.

Kazał też sadzić tysiące drzew, krzewów i kwiatów, a wobec impotencji publicznego przedsiębiorstwa oczyszczania miasta wynajął prywatną firmę, by usuwała śmieci i zamiatała ulice. Zatrudnienie przy tym znalazło wielu handlarzy ze zburzonych targowisk w Oshodi.

- Fashola zrobił wiele, choć to kropla w morzu potrzeb. Ale jak tak dalej pójdzie, to może życie w Lagos stanie się do zniesienia - mówi taksówkarz Tunde. - Jestem zachwycona tym, co robi. Niechby rządził jak najdłużej - dodaje nauczycielka Yemi.

Nie wszyscy przepadają za Fasholą. - Odkąd przegnano mnie z Oshodi, nie mam z czego utrzymywać rodziny, nie stać mnie na czynsz za wynajęcie sklepu w mieście - lamentuje były straganiarz Emeka.

Inni krytykują gubernatora, że wciąż podnosi podatki i czynsze oraz wszelkie możliwe opłaty, przez co życie w Lagos jest nieznośnie drogie.

- Mam dość! Chyba zwinę interes - odgraża się dr Adelaja, właściciel prywatnej kliniki. - Władze mówią, że potrzebują pieniędzy z podatków, żeby uporządkować miasto. Ale skąd mam wziąć na te podatki i nie zbankrutować?

Większość mieszkańców chwali jednak Fasholę i uważa go za najlepszego z gubernatorów w całej Nigerii (jest ich 36 w 36 stanach). W mediach jest stawiany za wzór dobrego przywódcy, który - jeśli tylko chce - to nawet w Nigerii może osiągnąć bardzo wiele. Przecież właśnie bałagan, chaos i bezprawie, które tak skutecznie zwalcza w Lagos, odstraszają od bogatej w ropę Nigerii zagranicznych inwestorów, bez których pieniędzy kraj nie stanie na nogi.

Kiedy Nigeryjczyk uwierzy państwu

Fashola obala też obiegową opinię, że porządek i bezpieczeństwo w Afryce mogą zapewnić jedynie dyktatorzy, najlepiej wojskowi mający za sobą armię, jedyną sprawną instytucję na kontynencie. W rzeczywistości cieszący się władzą absolutną i absolutną bezkarnością wojskowi dyktatorzy ściągnęli na Afrykę zarazę korupcji i nepotyzmu, a także zabójczy zwyczaj lekceważenia prawa i państwa.

- Łamanie prawa nie jest przyrodzoną cechą Nigeryjczyków - powiedział kiedyś Fashola. Nauczyły ich tego kolejne rządy, które same łamały ustanawiane przez siebie prawa. I to właśnie one nauczyły też Nigeryjczyków nie ufać państwu. Wystarczy, że władze zaczną przestrzegać prawa, a obywatele będą postępować podobnie - tłumaczył.

Fashola jest jedynym gubernatorem w Nigerii, który jadąc przez miasto, nie używa syreny i stoi cierpliwie w korkach, zaś urzędników, którzy korzystają z policyjnej eskorty, wyrzuca z pracy. Gdy obchodził 46. urodziny, zamiast wyprawić wystawne przyjęcie dla elity, wybrał się na spotkanie z trędowatymi w ich podmiejskiej kolonii.

Nigeryjczycy, biedni mieszkańcy bogatego w surowce kraju, od dziesięcioleci modlą się o dobrego przywódcę. Odkąd w Lagos rządzi Fashola, uznali, że miłościwa opatrzność wreszcie go zesłała.

- Mam nadzieję, że Fashola zostanie kiedyś prezydentem Nigerii - mówi księgowy James. - Skoro udaje mu się w Lagos, poradzi sobie w całym kraju.

Jednak opozycyjna partia Action Congress nie jest tak wpływowa ani bogata jak rządząca Ludowa Partia Demokratyczna, by zagrozić jej kandydatowi w wyborach prezydenckich w2011 r. Co więcej, według archaicznego, ale uświęconego tradycją zwyczaju władza w Nigerii przechodzi po kolei w ręce kolejnych przedstawicieli największych grup etnicznych i wyznań. W ten sposób wyznawcy żadnej religii ani mieszkańcy żadnego regionu mają nie czuć się dyskryminowani.

W latach 1999-2007 prezydentem był emerytowany generał Olusegun Obasanjo, chrześcijanin z południa kraju. W 2007 r. rządząca partia na jego następcę wybrała Shehu Musę Yar'adua, muzułmanina z północy. Zgodnie z tą logiką następnym prezydentem powinien zostać przedstawiciel ludów z Delty Nigru, zagłębia naftowego, którego mieszkańcy, jak za czasów zbrojnej rewolty Biafry z lat 60., po staremu skarżą się, że są okradani z ich bogactwa i dyskryminowani przy podziale władzy.

Perspektywy Fasholi na rychłą prezydenturę wydają się więc marne. Atutem gubernatora Lagos może jednak okazać się to, że choć jest Jorubą z południa, to wyznaje islam, religię ludów północy. Szanse Fasholi rosną jednak głównie dlatego, że mieszkańcy wszystkich regionów Nigerii coraz bardziej się przekonują, iż poprawa losu zależy od kompetencji przywódcy, a wcale niekoniecznie od tego, że jest akurat ich rodakiem czy ziomkiem.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    10 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':