Jan Paweł II nazywał go wielkim synem Kościoła. Wybitny teolog Karl Rahner opisał jego osiągnięcia jako "naprawdę zapierające dech". Wpłynął i na Wojtyłę, i na Ratzingera. Przeorał chrześcijańską teologię, na nowo odkrył katolicyzm dla człowieka porażonego okrucieństwem drugiej wojny.
Hans Urs von Balthasar twierdził, że nie zrobiłby tego, gdyby nie kobieta: Adrienne von Speyr.
Będzie to powtarzał całe życie: "Jej dzieła i mojego nie da się rozdzielić, ani psychologicznie, ani filologicznie - dwie połowy całości, której centrum stanowi jedno założenie". I: "Wszystko, co napisałem, jest egzegezą dzieła Adrienne - niezwykłej kobiety, która stworzyła potężne dzieło".
O von Balthasarze mówi się: jeden z największych teologów XX wieku, nad jego pracami głowią się klerycy w seminariach, a najtęższe teologiczne mózgi dyskutują na konferencjach naukowych. O Adrienne - świeckiej kobiecie - wspomina się znacznie rzadziej. Za życia nie otrzymała żadnych dowodów uznania.
Dziecko szczęścia On katolik, wychowany w zamożnym, ciepłym domu szwajcarskich baronów von Balthasar. Rocznik 1905. Dzieciństwo w Lucernie - sielankowe. Miał cztery lata, gdy zaczął mówić po francusku i grać na pianinie. Rozkochana w Hansie matka notowała w rodzinnym albumie poświęconym synkowi, że w szkole wyróżnia się nadzwyczajnymi zdolnościami i ma słabość do dziewcząt.
Długo nie mógł zdecydować się, co robić w życiu. W Wiedniu studiował filozofię, zgłębiał sanskryt, w Berlinie - zaczytywał się Goethem, Hölderlinem, Nietzschem. Słuchał Bacha i Mozarta. Koledzy podziwiali lotność jego umysłu, nadzwyczajną pamięć, zdolność kojarzenia. "Ty już wtedy byłeś niesłychanie pracowity, podczas gdy ja wiecznie muzykowałem, czytałem Dantego, a nocami stałem na łóżku w sypialni, żeby złapać trochę światła do przeczytania Fausta" - wspominał w liście do jednego z przyjaciół.
Pewnie skończyłby jak szanowany profesor literatury niemieckiej (z niej zrobił doktorat), gdyby nie pewien spacer. Pod koniec życia Hans Urs von Balthasar przyzna: "Wtedy nagle zrozumiałem, że muszę wstąpić do klasztoru".
Dziewczynka w czerwonym płaszczyku Ona - protestantka, druga córka bogatego lekarza. Rocznik 1902. Smutny, surowy dom.
Adrienne będzie wspominać: "Życie wolne od trosk, ale ściśle uregulowane. Dzieci powierzone opiece piastunki musiały trzymać się planu dnia, a ze swoimi rodzicami widywały się przy stole, gdzie mogły odzywać się tylko wtedy, gdy były pytane oraz gdy rodzice przychodzili powiedzieć im dobranoc".
Związek Adrienne z matką to klasyczny przykład toksycznych relacji.
Matka nie lubi córki. Nie dość, że rodziła ją w mękach, to jeszcze dziewczynka sprawia kłopoty: a to w nowym czerwonym płaszczyku wpada pod sanie, a to kłóci się z katechetą. Gdy w szkole ktoś coś zbroi, Adrienne zgłasza nauczycielowi, że to jej wina.
No i opowiada dziwne rzeczy. Że spotkała starszego człowieka, który kazał jej iść za sobą, że obudziła ją kobieta otoczona aniołami.
(Po latach stwierdzi, że mężczyzna to był Ignacy Loyola, założyciel jezuitów, a kobieta - Maryja).
Godzinami modli się, nie chce jeść, śpi na podłodze. Pod lewą piersią pojawia się rana, która nie chce się goić. Adrienne mówi, że umrze babcia (umiera), i że nie warto, by ojciec jechał do pracy w Bazylei (też niedługo umrze). Powtarza, że chce widzieć Boga, iść do klasztoru.
Ks. Eligiusz Piotrowski, który badał sprawę Adrienne, twierdzi, że Szwajcarka uciekła w pobożność przed matką.
Matka jest gwałtowna i surowa, Adrienne - uparta i pyskata. O awanturach u von Speyrów wiedzą wszyscy sąsiedzi. Matka jest pewna: Adrienne zwariowała.
Pewnie źle na nią wpływa towarzystwo chłopców w
gimnazjum.
No i ten pomysł, żeby zostać lekarką! Porządna dziewczyna z protestanckiej rodziny nie powinna oddawać się tak nieprzyzwoitemu zajęciu jak leczenie.