http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Dyzmów jest teraz na pęczki

Rozmawiała Agnieszka Kublik
2009-10-16, ostatnia aktualizacja 2009-10-15 18:58

Coraz częstsze jest przekonanie, że język jest do załatwiania spraw. Zapomina się o minimalnej staranności, o szacunku dla człowieka

dr Katarzyna Kłosińska
Fot. Wojciech Surdziel /AG
dr Katarzyna Kłosińska
SERWISY
Agnieszka Kublik: Co myśli językoznawca o kondycji współczesnej polszczyzny mówionej, gdy czyta opublikowane fragmenty podsłuchanych rozmów między bossami z branży hazardowej a m.in. b. szefem największego klubu parlamentarnego Zbigniewem Chlebowskim?

Dr Katarzyna Kłosińska*: Nie trzeba podsłuchiwać cudzych rozmów telefonicznych, żeby wiedzieć, że język potoczny jest mało staranny. W tych stenogramach nie ma nic zaskakującego, biorąc pod uwagę cel i temat rozmowy. Składnia, słownictwo są tu charakterystyczne dla szybkich rozmów, w których celem jest załatwienie pewnej sprawy. Więc nie chodzi o to, żeby się delektować kontaktem, chodzi tylko o przekazanie komunikatu.

To może nie ma się czego czepiać? Do tego nie potrzeba wyszukanego języka.

- Ten język nie jest gorszy niż ten, którym na co dzień posługuje się zwykły Polak.

Ale tu mamy elity: poseł, minister, bogaty biznesmen...

- Chciałoby się, żeby elity mówiły ładniejszym językiem. Ale już dawno elity przestały być elitami, nie tylko jeśli chodzi o język, o maniery, ogólną kulturę osobistą. Przed wojną elita mówiła językiem zdecydowanie lepszym niż reszta Polaków. Uczono powszechnie łaciny i greki, a to dawało szacunek dla języka, kultury, tradycji. Język elit był staranny, sam w sobie był ważnym elementem kontaktu z drugim człowiekiem, z kulturą, ze światem w ogóle. Po II wojnie światowej, gdy władzę przejęli ludzie z tzw. awansu społecznego, często bez wykształcenia, wyznacznikiem bycia członkiem elity przestała być kultura osobista. A kultura języka jest częścią kultury osobistej.

Dziś liczy się przede wszystkim szybkość i skuteczność.

- I to się odbija w języku, który staje się wyłącznie narzędziem do załatwiania spraw, sam w sobie nie jest ważny. Nie myślimy, że możemy się między sobą porozumiewać nie tylko szybko, ale także językiem ładnym, eleganckim, poprawnym. Choć z drugiej strony trudno oczekiwać, by brudne interesy załatwiać literacką polszczyzną.

Bardzo popularne w niektórych kręgach słowo na "k" pojawia się u biznesmena Ryszarda Sobiesiaka jak przecinek, ale u posła Zbigniewa Chlebowskiego już nie.

- To plus dla Chlebowskiego. Ale tak, wulgaryzacja jest tu charakterystyczna. Pewnie dlatego, że rozmowom towarzyszą duże emocje.

Ale wszystkie są wyrażane tylko dwoma słowami - na "k" i na "p".

- I to świadczy o poufałości między rozmówcami.

Ale przede wszystkim o prymitywizmie językowym.

- O ogromnym ubóstwie. Bo ten biznesmen od hazardu używa słowa na "p" zamiast rzeczowników, czasowników, przymiotników.

Np. mówi: "Kawalec, Kapica K... ciągle mi się pier..." zamiast "ciągle mi się myli".

Albo: "Co oni tam wyprawiają z tą ustawą, że ona jest kompletnie pierd...", zamiast "nie taka jak powinna być" albo "z błędami" . Albo nawet dosadnie: "pochrzaniona", "schrzaniona".

Albo: "Oni mogą w 30 dni zmienić decyzję. Niech zapier...", zamiast "niech pracują", "niech się uwijają", "niech zasuwają".

Albo: "No bo oni rozpier..." zamiast "rozwalili", "pochrzanili".

Jaki jest ich portret na podstawie tych rozmów?

- Dla nich najważniejsze jest załatwianie interesów, w ogóle nie liczy się kultura obcowania z innymi, bo gdyby się liczyła, toby te interesy załatwiali nie tak ubogim, prymitywnym językiem. Mogliby wyrażać emocje, mówić soczyście, dosadnie, ale nie wulgarnie.

To dla językoznawcy przygnębiająca lektura?

- O tak. Coraz częstsze jest przekonanie, że język służy tylko do załatwiania spraw. Zapomina się o minimalnej staranności, o szacunku dla drugiego człowieka. Kiedyś językoznawcy pisali, że kodem ograniczonym - niewielka ilość słów, a jedno słowo opisuje bardzo wiele znaczeń, tak jak w omawianych przykładach - posługują się niższe warstwy społeczne.

A wzorem - także językowym - miały być warstwy wyższe. A tu się okazuje, że mamy faceta w garniturze za ok. 10 tys. zł, bywającego na salonach i posługującego się językiem niższej warstwy społecznej. Takich Dyzmów teraz jest na pęczki! Elity finansowe, elity władzy przestały być elitami w sensie kulturalnym. Tak, to jest smutne!

*dr Katarzyna Kłosińska,

JĘZYKOZNAWCA Z UNIWERSYTETU WARSZAWSKIEGO, SEKRETARZ RADY JĘZYKA POLSKIEGO, ANALIZUJE JĘZYK POLITYKÓW

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':