Okazją do oczekiwanego przez generałów oświadczenia była informacja premiera o sytuacji w Afganistanie po tamtejszych wyborach, które miały miejsce w sierpniu. W poniedziałek brytyjscy parlamentarzyści wrócili z długiej przerwy wakacyjnej (trwającej od 21 lipca) a brytyjska obecność w Afganistanie to jednej z najgorętszych tematów politycznych na Wyspach.
W Afganistanie stacjonuje obecnie 9150 żołnierzy brytyjskich. To drugi co do wielkości kontyngent po
USA. Wojskowi twierdzą, że wzmocnienie kontyngentu jest konieczne, by spożytkować efekty lipcowej ofensywy "Pazur Pantery" w dolinie Helmand. Brało w niej udział 3 tys. brytyjskich żołnierzy, którym udało się czasowo odeprzeć talibów.
Według byłego dowódcy Brytyjczyków w Afganistanie pułkownika Richarda Kempa wzmocnienie kontyngentu to właściwy ruch. - Mówimy o batalionie, który prawie na pewno wzmocni grupę zadaniową Helmand, która operuje w kontrolowanym przez nas centralnym Helmandzie - tłumaczy Kemp.
Co podoba się wojskowym, nie wywołuje entuzjazmu opinii publicznej. Tegoroczne lato było najkrwawsze w historii afgańskiej wojny. Od czasu kiedy posłowie poszli na wakacje zginęło 34 brytyjskich żołnierzy, a w sondażach z tygodnia na tydzień przybywało zwolenników wycofania się z Afganistanu. Z najnowszego sondażu dziennika "Times" wynika, że za wycofaniem się z Afganistanu opowiada się 36 proc. Brytyjczyków.
Wielka Brytania jest jedynym dotąd krajem, który pozytywnie odpowiedział na apel generała Stanleya McChrystala. Oczekuje on, że sojusznicze siły zostaną zwiększone od 10 do 40 tys.