Nie podpisując traktatu, Klaus sprawia, że
Czechy są jedynym krajem Unii, który nie zakończył ratyfikacji traktatu lizbońskiego i blokuje reformy unijnych instytucji. Bez czeskiej zgody niemożliwe jest bowiem wprowadzenie m.in. uproszczonych zasad głosowania w UE i urzędów przewidzianych przez Lizbonę (silny szef dyplomacji i prezydent Rady Europejskiej), które mają pomóc zarządzaniu unią aż 27 krajów.
Czeski prezydent Vaclav Klaus, który nie chce nowego traktatu, zażądał przed kilkoma dniami, aby opatrzyć go gwarancjami, że nie stanie się podstawą do roszczeń majątkowych Niemców sudeckich wysiedlonych z Czechosłowacji po II wojnie. To zagrywka na opóźnienie lub storpedowanie ratyfikacji, bo zarówno czescy, jak i słowaccy prawnicy już dawno rozstrzygnęli, że traktat lizboński nie stwarza takiego ryzyka.
Barroso uznał wczoraj pomysły zmieniania traktatu za "absurdalne i surrealistyczne", ponieważ wymagałyby ponownej ratyfikacji w 26 krajach. - Nie chcemy od Pragi niczego, czego nie oczekiwaliśmy wcześniej od innych krajów Unii. Traktat podpisał czeski rząd i zatwierdziły go obie izby czeskiego parlamentu. Jeśli trybunał konstytucyjny potwierdzi zgodność Lizbony z konstytucją Czech, to będziemy czekać na oczywiste dokończenie procedury. Czyli na podpis prezydenta Klausa. Czechy są przecież demokracją - mówił Barroso.
Dyplomaci krajów UE ledwo kryją irytację z powodu decyzji czeskiego premiera Jana Fischera, który zgodził się przywieźć wczoraj do Brukseli postulaty Klausa jako nowe stanowisko Pragi.
- Klaus robi w Czechach, co chce. Czy teraz Fischer zamierza nas namawiać, abyśmy także pozwolili sobą pomiatać? - pyta jeden z unijnych dyplomatów.
Co gorsza, po wczorajszej rozmowie z Barrosem premier Fischer musiał przyznać, że nie udało mu się wyjaśnić, czego dokładnie i w jakiej formie żąda Klaus od niego i od Unii. - Jesteśmy w telefonicznym kontakcie z prezydentem. Na razie wstrzymam się od komentarzy - mówił Fischer.
Premier zgodził się z Barrosem, że nie można zmieniać traktatu. Sugerował, że Czechy będą starać się zaledwie o deklarację polityczną przywódców UE, która potwierdziłaby, że Lizbona nie grozi Pradze niemieckimi roszczeniami. Ale współpracownicy Klausa mówią, że tego typu deklaracja nie wystarcza.
- Trudno. Myślę, że Unia nie da Czechom niczego więcej. Nastroje stolic określiłbym raczej jako rozjuszenie, a nie gotowość do ustępstw - mówi Hugo Brady z Centre for European Reform.
Bruksela przygotowuje się do wojny nerwów z Czechami, bo chce, aby to rząd Fischera wymógł na Klausie rezygnację z blokowania traktatu. A jeśli Klaus nie odstąpi od żądań zmian w Lizbonie?
- Może cztery, pięć miesięcy presji dyplomatycznej całej Unii zrobi swoje. Może Czesi wymogą na swym prezydencie, aby szanował konstytucję i złożył podpis. Może ten kryzys doprowadzi do przyspieszonych wyborów i nowy parlament zdobędzie się na odwagę, aby ukrócić rozpychanie się Klausa w nie swoich kompetencjach - mówi Hugo Brady.
Na razie to jednak prezydent
gra w Pradze pierwsze skrzypce. Odmawia premierowi Fischerowi obietnicy, że podpisałby traktat z Lizbony po opatrzeniu go gwarancjami w sprawie Niemców sudeckich.
- Oczywiście, że Vaclav Klaus nie może dać takich gwarancji - tłumaczył wczoraj jego zausznik Ladislav Ladl. A poplecznicy Klausa w Senacie zapowiedzieli uzupełnienie swego antylizbońskiego wniosku w trybunale konstytucyjnym, co może przeciągnąć postępowanie o kolejne kilka tygodni.
Czeska konstytucja nie daje możliwości zmuszenia Klausa do podpisu. Można go zdjąć z urzędu tylko za zdradę państwa, a do tego byłaby gotowa tylko najmniejsza parlamentarna frakcja Zielonych. Inne partie na razie opowiadają się za ugłaskiwaniem prezydenta.
Nikt na Hradczanach nie skomentował doniesień brytyjskiego "Timesa", jakoby Klaus zapewniał współpracowników, że nigdy nie podpisze tego dokumentu.
Za sprawą Klausa szczyt przywódców UE z 29-30 października już raczej na pewno nie będzie mógł nominować szefa dyplomacji oraz prezydenta UE przewidzianych nowym traktatem. Rośnie też prawdopodobieństwo, że José Manuel Barroso będzie formować nową Komisję Europejską na podstawie obecnego traktatu nicejskiego, który wymaga jej zmniejszenia o co najmniej jednego komisarza (do 26). Barroso nie chciał jednak wczoraj spekulować, że to Czechy mogą zostać pozbawione swego człowieka w Komisji.