Prezydent od ponad miesiąca zastanawia się, czy przychylić się do prośby dowódcy wojsk
USA i NATO w Afganistanie gen. Stanleya McChrystala o wzmocnienie zachodnich sił o 40 tys. żołnierzy. Decyzja ma zapaść w najbliższych tygodniach. Jeśli będzie po myśli generałów, po raz kolejny może się okazać, że wojska USA ledwo, ledwo są w stanie podołać zadaniom.
Od czasu wprowadzenia się Obamy w styczniu do Białego Domu wysłał on do Afganistanu 21 tys. żołnierzy - a przynajmniej tak uważano do wczoraj, gdy "Washington Post" ujawnił, że tak naprawdę skierowano tam ich 34 tys.
21 tys. to bowiem liczba żołnierzy oddziałów bojowych, kolejne 13 tys. skierowano tam w oddziałach pomocniczych: medycznych, inżynieryjnych, wywiadowczych i żandarmerii. Z reguły na każdą 4-tysięczną brygadę bojową przypada ok. tysiąca żołnierzy z personelu pomocniczego, jednak w Afganistanie na razie jest inaczej - bo wcześniej jednostek pomocniczych było tam proporcjonalnie mało.
Co dla wojsk USA będzie oznaczała decyzja Obamy, jeśli przychyli się do prośby McChrystala i wyśle choćby 30 tys. dodatkowych żołnierzy? Proste przesuwanie do Afganistanu oddziałów z Iraku, gdzie już pod koniec kadencji George'a Busha i na początku Obamy zredukowano liczbę żołnierzy o ponad 30 tys., jest niemożliwe.
Po pierwsze - nowe siły w Afganistanie są potrzebne szybko, tymczasem dowódcy w Iraku chcą kolejne dziesiątki tysięcy żołnierzy odesłać stamtąd nie na początku 2010 r., lecz raczej w jego połowie. Po drugie - dużą część oddziałów w Iraku stanowią brygady pancerne, tymczasem w górzystym Afganistanie potrzeba sił lekkozbrojnych.
Rozwiązaniem, tak jak w latach 2007-08 w Iraku, może być przedłużenie zmian dla żołnierzy w Afganistanie. Modelowym w armii USA rozwiązaniem jest zasada: rok walczysz, rok odpoczywasz, rok ćwiczysz (w USA), znów rok walczysz itd. W czasie operacji irackiej w większości oddziałów stosowano zasadę: rok walczysz, rok odpoczywasz. A w czasie ofensywy 2007 r. przedłużono okres udziału w walkach do 15 miesięcy.
Szef sztabu armii gen. George Casey powiedział w ubiegłym tygodniu dziennikarzom, że "zrobi wszystko, by zmian bojowych żołnierzy nie przedłużać", ale dodał, że nie może obiecać, iż nie będzie to konieczne. - Zwiększenie czasu w domu [do dwóch lat, po rocznym pobycie na froncie] to najważniejsza rzecz, którą możemy zrobić dla żołnierzy, by zmniejszyć ich stres - mówi "Washington Post" zastępca Caseya gen. Peter Chiarelli. Jak pisze gazeta, możliwe jest wysyłanie do Afganistanu żołnierzy oddziałów pancernych, ale z lżejszymi pojazdami, do czego nie są przyzwyczajeni.
To wszystko razem oznacza, jak mówi jeden z najlepszych w USA specjalistów od obu wojen Micheal O'Hanlon z instytutu badawczego Brookings, że "zwiększenie liczby wojsk w Afganistanie może odbywać się w sposób bardziej stopniowy", niż by tego chcieli dowódcy amerykańscy.