http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nie prawię kazań, piszę

Marek Sterlingow, Marek Wąs
2009-10-16, ostatnia aktualizacja 2009-10-13 13:31

Żołnierz, moi panowie, któremu dali załadowanego beryla i pozwolili do woli naciskać spust, bez namysłu rozwali żmiję i da się koledze sfotografować z trzymanym za ogon ścierwem. Rozmowa z pisarzem Andrzejem Sapkowskim

Andrzej Sapkowski
Fot. Tomasz Żurek / AG
Andrzej Sapkowski
Akcja "Żmii", pana najnowszej książki, toczy się w Afganistanie. To odpowiedź na swego rodzaju modę? No i skąd ta żmija?

- Nie ulegam modom, pewnie dlatego, że jestem daleko, daleko poza modotwórczymi kręgami.

A pomysł "Żmii" zrodził się z zasłyszanej wojennej legendy, każda wojna obrasta takimi "opowieściami z okopów". Legenda głosi, że młody żołnierz, nie bacząc na kpiny kolegów, zaopiekował się znalezionym rannym wężem. A wąż odwdzięczył się, ocalając żołnierza od śmierci. Rzecz zdarzyć się miała podczas wojny afgańskiej lat 1979-1989, ułożono nawet wojacką balladę o tym zdarzeniu, taką na gitarę, w stylu Wysockiego. Rozbudowując pomysł i transponując go na fantasy, zostałem wierny realiom - scenerii Afganistanu i wojny, która legendę zrodziła.

Od kogo ją pan usłyszał?

- Od Rosjan, naturalnie. U źródła, można powiedzieć. Ale o zamiarze pisania o tym przesądziła owa ballada właśnie. Było to dawno dość, sześć, siedem lat temu wstecz.

Wojna jest tematem zarówno w "Wiedźminie", jak i w sadze husyckiej. A bohaterami żołnierze - wojownicy. Czy dla pana to jest po prostu atrakcyjna literacko sytuacja, czy coś więcej?

- Gatunek fantasy, który uprawiam, nie wypiera się związków ani pokrewieństwa z literaturą historyczno-awanturniczą, jak choćby, że szybko wymienię, "Trylogia" czy "Trzej muszkieterowie". U Sienkiewicza i Dumasa wojna i konflikt zbrojny i owszem, zajmują w fabule miejsce poczesne, są dla fabuły ważne. Nikt wszak nie nazwie ich dzieł "literaturą wojenną", a ich samych nie okrzyknie militarystami. Nie oni zresztą pierwsi wpadli na receptę literatury historyczno-awanturniczej głoszącej: "Weź bohatera i wrzuć go we wrzący kocioł wydarzeń, opisz jego zachowania na tle historycznych zawirowań, każ mu się odnaleźć w momentach przełomu". Przepis skomponowany, jak się zdaje, pod murami Troi, obowiązuje do dziś i sprawdza się ekstraordynaryjnie. Za każdym razem. W fantasy również.

W "Żmii" jest mniej fantasy niż poprzednio. Czy to oznacza, że wkrótce napisze pan "zwykłą powieść"?

- Nie. Śledzą panowie po absolutnie zimnym tropie.

Kiedyś powiedział pan, że polska interwencja w Iraku to hańba. Jeśli miałby pan o tym pisać, to tylko w ten sposób. Z tej książki już to tak jednoznacznie nie wynika.

- Po pierwsze, już mi wychłodło i choć poglądów na temat naszej obecności w Iraku nie zmieniłem na jotę nawet, to wrzeszczeć już o tym nie będę, nie przystoją młodzieńcze i butne pokrzykiwania moim włosom siwym. Nadto bywam zapraszany do obcych krajów, padają tam na spotkaniach różne pytania, czasem podchwytliwe, typu "A jak pan skomentuje...". Nauczyłem się szybko, krótko i niemal odruchowo odpowiadać. W jedyny możliwy sposób: right or wrong, my country.

W "Żmii" wojna jest zła, ale już jej uczestnicy, nawet bohaterowie dopuszczający się zbrodni, są jakby ubezwłasnowolnieni. To zdejmuje z nich część odpowiedzialności.

- Sprzeczności nie ma wcale. Za wojny haniebne hańba i odium spaść winny na tych, którzy na wojny takie posyłają żołnierzy. Samych żołnierzy to nie hańbi. Może ich natomiast zhańbić coś innego. Wiemy, co. Choćby z Norymbergi.

Lewart, główny bohater książki, wypowiada taką kwestię: "Nie da się zachować człowieczeństwa na wojnie". A potem tłumaczy kolegom, że "wojna ocali nas przed człowieczeństwem", przed banałem, bólem, wiarołomstwem, obojętnością, pogardą bliźnich, i piją toast za wojnę. Bardzo to pesymistyczne. Ile ma wspólnego z pana przemyśleniami?

- Z moimi? Przecież to kwestia Lewarta. A więc w sposób ewidentny wynikająca z jego przemyśleń.

Pan zawsze zaprzecza jakimkolwiek związkom emocjonalnym ze swoimi bohaterami. Ale czy w pisarstwie to jest w ogóle możliwe?

- Jest jak najbardziej, choć pozory mogą świadczyć o czymś innym. Pisarze nazbyt często traktują pisarstwo jako ambonę lub trybunę. Każda książka zaś ma być albo credo, wyznaniem wiary, albo kazaniem, torującym drogę ku światłu, względnie manifestem wzywającym do boju o coś, co autorowi wydaje się akurat jedynie słuszne. Względnie do walki z czymś, co wedle obowiązującej właśnie koniunktury jest autorowi wstrętne. Mówię o w miarę dobrych pisarzach, bo reszta zwyczajnie próbuje w swych książkach zniesławić wrogów, dowalić nielubianym osobom lub zemścić się na byłych żonach. Do tego dochodzi podsycana przez krytykę moda każąca gardzić książkami mającymi fabułę, akcję, początek, rozwinięcie i zakończenie oraz w ogóle dającymi się czytać. A ktoś, zapomniałem, kto, powiedział kiedyś, że tylko bardzo złe książki mówią cokolwiek o tym, jacy są ich autorzy. Dobre książki mają mówić o tym, jacy są ich bohaterowie. Wydało mi się to całkiem sensowne i staram się tego trzymać.

Scena zbrodni wojennej, atak Rosjan na cywilny autobus. Czy to jest nawiązanie do sprawy Nangar Khel?

- Nie jest to nawiązanie. Nie stosuję tego typu topornych i łopatologicznych nawiązań. W sprawie, o którą panowie pytają, nie mogę sobie pozwolić na komentarze, uwagi czy opinie. Do tego konieczna byłaby wiedza, a tej nie posiadam. A ogólnie dostępne informacje mam za mało wiarygodne. Opiniowanie na ich podstawie byłoby błazeństwem.

Źródło: Duży Format
  • 15 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    38 głosów