http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gdzie tu mamy afery

Wojciech Czuchnowski, Dominika Wielowieyska
2009-10-13, ostatnia aktualizacja 2009-10-13 01:28

Czyli na czym CBA złapało rządzących, a na czym złapało się samo

Już drugi tydzień CBA wstrząsa państwem za pomocą przecieków z tajnych materiałów na polityków PO. 1 października dowiedzieliśmy się o "aferze hazardowej". 9 października - o stoczniowej. Afery to czy nie? Jak bardzo obciążają rządzących? A jak sposób ich prowadzenia obciąża CBA?

Co to jest tzw. afera hazardowa?

Zbigniew Chlebowski i Mirosław Drzewiecki, politycy Platformy i rządu, zostali złapani na próbie nielegalnego lobbingu. CBA podsłuchuje kompromitujące ich kontakty z biznesmenami branży hazardowej. Szczególnie źle brzmi Chlebowski - szef klubu rządzącej partii i sejmowej komisji finansów, strofowany przez właściciela kasyn, tłumaczy się, jak bardzo zabiega o "załatwienie sprawy".

Drzewiecki, minister sportu, robi konkretny ruch w interesie tej branży. Oficjalnym pismem swego resortu wycofuje się z projektu dopłat od hazardowych wygranych. Jednocześnie urzędnik Drzewieckiego za wiedzą szefa załatwia córce kasyniarza posadę u jego konkurencji - w państwowym Totalizatorze Sportowym.

Mimo to dopłaty nie znikają z projektu ustawy, ale sam projekt grzęźnie w międzyresortowych uzgodnieniach. Dopiero teraz rząd obiecuje prace przyspieszyć i ustawę przesłać do Sejmu.

Efektem ujawnienia hazardowego lobbingu są dymisje Chlebowskiego i Drzewieckiego. Premier usuwa też z rządu Grzegorza Schetynę i ministra sprawiedliwości Andrzeja Czumę, który z miejsca "uniewinnił" kolegów.

Łamanie standardów, nieetyczne zachowania - to jeszcze nie przestępstwa. Mogą nawet uśmiercić politycznie, ale niekoniecznie zaprowadzą na ławę oskarżonych - pisze Ewa Siedlecka



O co chodzi ze stoczniami?

To żadna afera. Podsłuchy CBA pokazują natomiast, jak desperacko i nieudolnie rząd zabiegał o inwestora, który zapewniłby budowę statków i pracę stoczniowcom. Sprawę stoczni zabagniło kilka rządów, a rząd PO przespał czas do wybuchu kryzysu gospodarczego. Potem znalezienie inwestora stało się karkołomne.

Komisja Europejska zaleciła rządowi sprzedaż majątku stoczni szczecińskiej i gdyńskiej według jednego kryterium - ceny. Do przetargu zgłaszali się inwestorzy, którzy chcieli co nieco kupić, ale nie zamierzali budować statków. Tylko jeden - Katar - mamił rząd mirażem zmartwychwstania stoczni. Tej brzytwy niczym tonący uchwycił się minister skarbu Aleksander Grad. Z rozmów jego urzędników wynika wyjątkowa otwartość na prośby Katarczyków - jak tu im ułatwić start w przetargu, jak nie dopuścić do wyprzedaży składników majątku różnym oferentom.

Katarczycy wpłacili wadium, ale zniknęli jak sen złoty. Polscy urzędnicy właściwie nie mieli pojęcia, kim ów inwestor jest. To ich kompromituje. Ale trudno się dziwić rządowi, że szukał funduszy w świecie arabskim - w czasie kryzysu podobnie postępuje wielu przywódców zachodnich.

Pośrednikiem w transakcji z katarskim funduszem inwestycyjnym był libański handlarz bronią, który zarazem chciał uregulować swoje finansowe spory z państwową spółką zbrojeniową Bumar. Czy polski rząd chciał przeprowadzić transakcję wiązaną? Gdyby tak było, to świadczyłoby na niekorzyść rządu. Ale z podsłuchów jednoznacznie to nie wynika. Minister Grad twierdzi, że takiej wiązanej transakcji nie było.

Czy prawo zostało złamane?

To, czy w sprawie stoczni urzędnicy przestrzegali procedur, wymagałoby skomplikowanej analizy prawnej. Najpierw potrzebna byłaby kontrola NIK, potem ewentualnie prokuratura, jeśli kontrolerzy dopatrzyliby się nadużyć. Ale po przecieku z podsłuchów CBA sprawa od razu znalazła się w prokuraturze.

CBA uważa, że ogłoszenie teraz nowego przetargu przyniesie państwu mniejsze zyski ze sprzedaży majątku. Na jakiej podstawie? Nie wiadomo. To znów wymagałoby analizy NIK. Ale czy można się dziwić rządowi, że ryzykował, by ratować stocznie?

Można mu za to zarzucić obietnice bez pokrycia w czasie kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego. Po wyborach premier Tusk powiedział, że nikt w naszych dwóch stoczniach nie chce budować statków. A to trzeba było przyznać dawno temu.

Prokuratura od dwóch miesięcy przyglądała się sprzedaży majątku obu stoczni. Wczoraj wszczęła śledztwo - czytaj tutaj



Co CBA zrobiło dobrze, a co nie?

CBA, gdy wpadło na trop nadużyć z udziałem polityków z kręgu władzy, wszczęło procedury operacyjne z podsłuchami telefonicznymi na czele. Do tego CBA jest powołane.

Tyle że zebrane dowody, zamiast w materiał śledczy przeznaczony dla prokuratury, CBA przekształciło w haki na przeciwników PiS.

Nieczystą grę najwyraźniej widać przy podsłuchach stoczniowych. CBA zdobyło je już w kwietniu (ostatni jest z czerwca). Ale nie przekazało ich premierowi ani prokuraturze. Szef CBA czekał do swego odwołania, a i wtedy nie zawiadomił prokuratury, tylko prezydenta, marszałków Sejmu i Senatu, a na końcu premiera.

W sprawie hazardowej Mariusz Kamiński 14 sierpnia przekazał premierowi informacje o postępkach Chlebowskiego i Drzewieckiego. Po co? Nie przekonuje tłumaczenie, że chodziło o zabezpieczenie prac nad ustawą, bo nie poszła ona jeszcze do Sejmu. Na zabezpieczenie było mnóstwo czasu. A natychmiastowe "zabezpieczanie" mogło spłoszyć podsłuchiwanych.

Kamiński wolał zaalarmować premiera, a nie prokuraturę. A podsłuchy ujawnia prasa, zanim powiadomiona jest prokuratura. Nieczysta gra.

Dlaczego jednak premier Tusk wysłuchał Kamińskiego? Gdyby ograniczył się do przypomnienia mu o właściwych procedurach, szef CBA nie miałby dziś podstaw, by oskarżać premiera o przeciek z operacji specjalnej.

PiS wydał komendę: Cel! Pal! Tusk! - pisze Ewa Milewicz



Jakie są zarzuty przeciw Kamińskiemu?

Przyspieszenie śledztwa w Rzeszowie, w wyniku którego szef CBA dostaje zarzuty, w zestawieniu z faktem, że równolegle jego służba wykrywa aferę w rządzie, budzi podejrzenia. Ale te zarzuty są poważne. W 2007 r. przy aferze gruntowej jego funkcjonariusze fabrykowali dokumenty samorządowe. Zakładali też podsłuchy bez zgody sądu i prokuratury.

I zarzuty polityczne. Po wysłuchaniu zarzutów prokuratora Kamiński oskarża premiera o kłamstwo.

Rzucenie na rynek kwitów "stoczniowych" pokazuje, że to bunt jednej ze służb specjalnych przeciwko szefowi rządu.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    15 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':