Do wycofania się z wyborów prezydenckich miał skłonić Donalda Tuska wybuch afery hazardowej - twierdzi "Dziennik. Gazeta Prawna". Zamiast niego do wyborów stanąć by miał w imieniu PO obecny marszałek Sejmu, Bronisław Komorowski. Takie deklaracje miały paść w gronie najbliższych współpracowników Donalda Tuska.
- Nie było rozmów o kandydaturze Bronisława Komorowskiego na prezydenta - zaprzeczył w poniedziałek w Radiu Zet Paweł Graś, rzecznik prasowy rządu. Ale przyznał też, że premier
Donald Tusk nie podjął decyzji czy wystartuje w wyborach w 2010 roku.
Z kolei "Polska The Times" opisuje, że premierowi zdarza się zmieniać zdanie. "Donald już dwa miesiące temu sugerował w pewnym momencie, że nie chce być prezydentem, bo nie chce zostać zamknięty w klatce, by potem zwołać naradę, na której padło ustalenie, że jeżeli zostanie prezydentem, to Komorowski pójdzie na szefa partii - mówi "Polsce" osoba z otoczenia Tuska. Politycy wskazują, że ostateczna decyzja o starcie w wyborach prezydenckich ma zależeć od wyników prac komisji śledczej ds. tzw. afery hazardowej.
Ale jak ustaliła "Gazeta", Tusk wahał się w sierpniu. Jednak już na początku września był przekonany, by startować. Powodem miały być słabe notowania marszałka Komorowskiego w sondażach wyborczych. A te ostatnio płatają figle. Bo z niektórych wynika nawet, że Tuska mógłby w II turze przegonić Włodzimierz Cimoszewicz, gdyby został kandydatem
SLD.
Wybuch tzw. afery hazardowej uruchomił lawinę spekulacji o wewnętrznej kondycji PO, o podziale politycznym, o przeciąganiu liny między liberałami a konserwatystami, a także o walce o wpływy. Pojawiły się teksty o szorstkiej przyjaźni Donalda Tuska i Grzegorza Schetyny, numeru dwa w PO. A także o roli osoby numer dwa państwa - Bronisława Komorowskiego. "Realny może się stać scenariusz, w którym tracący poparcie premier będzie stopniowo rezygnował z kolejnych punktów swojego politycznego planu, tak jak zwykł rezygnować ze współpracowników. Może będzie musiał się wyrzec prezydenckich aspiracji na rzecz na przykład Bronisława Komorowskiego?" - zastanawia się poniedziałkowy "Newsweek".
- Ucinam wszelkie spekulacje, nie ma żadnych decyzji, to medialne szczury wypuszczane w obieg przy okazji ostatnich wydarzeń - mówi wyborcza.pl Grzegorz Dolniak z PO. I powołuje się na kalendarz wyborczy przyjęty przez radę krajową PO. Według niego kandydat na prezydenta ma się pojawić do maja przyszłego roku.
Czy będzie to Tusk? - W tej chwili nie ma lepszego kandydata, ale trudno byśmy to my wymuszali na nim tę decyzję. A dywagowanie dziś o tym. kto wystartuje, a kto nie, jest tematem przedwczesnym - stwierdza Dolniak.
Jednak seria dymisji w rządzie może być odczytana jako silna determinacja Tuska w walce o prezydenturę. - Nie. To troska o to, by ten rząd miał jak najlepszy odbiór wśród Polaków - zaprzecza Dolniak.
A przeniesienie boju z rządu do Parlamentu to też tylko troska o odbiór? - Rząd ma co innego do roboty i jeśli są w nim ludzie, których opozycja będzie wykorzystywać w politycznej walce, to musi się ona toczyć w parlamencie.