http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Urzędnicy bardzo chcieli mieć Katar

Mikołaj Chrzan, Gdańsk, mac
2009-10-12, ostatnia aktualizacja 2009-10-12 14:27

"Afera stoczniowa" polega na tym, że państwowi urzędnicy starali się ze wszystkich sił, by stocznie w Gdyni i Szczecinie kupili w całości Katarczycy

Stocznia w Szczecinie
Fot. Cezary Aszkiełowicz / AG
Stocznia w Szczecinie
We wtorek 6 października do kancelarii premiera wpłynęło pismo z Centralnego Biura Antykorupcyjnego. W piątek 9 października CBA rozesłało je do Kancelarii Prezydenta, Sejmu i Senatu. Również w piątek kancelaria premiera powiadomiła prokuraturę: o podejrzeniu popełnienia przestępstw przy sprzedaży majątków Stoczni Gdynia i Stoczni Szczecińskiej oraz przez szefa CBA Mariusza Kamińskiego, który mimo posiadania tych materiałów nie zaalarmował prokuratury. Sprawę ochrzczono "aferą stoczniową".

Tak jak w przypadku "afery hazardowej" nie trzeba było długo czekać na wyciek tajnych materiałów. W niedzielę portal Wprost.pl ujawnił część danych. W skrócie: raport dowodzi, że aparat państwowy, czyli odpowiedzialna za sprzedaż majątku Agencja Rozwoju Przemysłu i nadzorujące ją Ministerstwo Skarbu, robił wszystko, by stocznie kupiła firma Stichting Particulier Fonds Greenrights, za którą stać miał kapitał katarski.

Raport opisuje m.in. •  przesuwanie terminu wpłaty wadium (bo Katarczycy nie wpłacili pieniędzy na czas), •  informowanie Katarczyków o ofertach składanych przez innych uczestników elektronicznego (a więc w założeniach tajnego) przetargu, •  próbę przerwania przetargu przez ministra Grada, by umożliwić zwlekającym z przystąpieniem do niego Katarczykom zakup stoczniowego majątku.

Ostatecznie jednak, choć Katarczycy wpłacili wadium (za pośrednictwem libańskiego handlarza bronią Abdul Rahmana El-Assira) i wygrali przetargi mimo kolejnego przesuwania terminu na wpłatę ok. 300 mln zł, wylicytowanego majątku ostatecznie nie kupili.

"Działania te prowadzone były nie tylko wbrew interesom ekonomicznym państwa, ale również wbrew zdrowemu rozsądkowi" - napisał do polityków szef CBA Mariusz Kamiński.

By zebrać ten materiał, agenci CBA podsłuchiwali rozmowy telefoniczne m.in. ministra skarbu Aleksandra Grada, wiceministra skarbu Zdzisława Gawlika, prezesa ARP Wojciecha Dąbrowskiego, jego zastępcy Jacka Goszczyńskiego, zarządcy kompensacji (odpowiednika syndyka) Romana Nojszewskiego.

- Jak nie było nikogo innego, to się czepiliśmy tego inwestora jak rzep psiego ogona - tłumaczył nam wczoraj wiceminister skarbu Zdzisław Gawlik.

- Można oburzać się i krzyczeć: wielkie przestępstwo! Ale prawda jest taka, że poza Katarczykami chętnych na zakup tych stoczni nie było - opowiada właściciel prywatnej stoczni z Trójmiasta. - Wiosną, kiedy ogłaszane były przetargi, branża stoczniowa na całym świecie była pogrążona w wielkim kryzysie. Katarczycy - z wręcz nieograniczonym dostępem do gotówki - wydawali się znakomitym rozwiązaniem. Deklarowali, że będą budować statki. Można zapytać, jak daleko państwo może posunąć się, by dbać o swoje interesy? Dziś wiemy, że nikt poważny nawet z ministrem nie będzie chciał rozmawiać, podejrzewając, że i tak nagranie z tych rozmów będzie później upublicznione.

Innego zdania jest Dariusza Adamski, szef "Solidarności" w Stoczni Gdynia. - Wcześniej byli inni inwestorzy, którzy byli zainteresowani zakupem stoczni, jak na przykład Amber - spółka należąca do właściciela Złomrexu Przemysława Sztuczkowskiego. Urzędnicy podlegli ministrowi Gradowi robili jednak wszystko, by go zniechęcić. W przypadku Katarczyków - odwrotnie, pomagano im do tego stopnia, że łamano procedury. Od dawna mamy bardzo krytyczny stosunek do wiceprezesa ARP Jacka Goszczyńskiego, który odpowiadał za sprzedaż stoczni. Moim zdaniem ta sprawa dowodzi nie tylko jego nieudolności, ale i - być może - spraw dużo poważniejszych. Może ktoś chciał kupić teren nie po to, by budować tu statki, ale by zamknąć stocznię i postawić tu osiedle? Może po to byli potrzebni ci Katarczycy?

- Dla nikogo, kto przyglądał się operacji sprzedaży, nie jest zaskoczeniem, że państwo sprzyjało inwestorowi z Kataru. To było przecież widoczne gołym okiem, nie trzeba nikogo podsłuchiwać. Jednak wydaje się to całkiem sensowne, bo innych chętnych wtedy po prostu nie było - komentuje Mateusz Filipp, b. prezes Stoczni Gdynia.

Szef "S" uważa, że afera przekreśla szansa na szybkie uratowanie stoczni. - Dopóki sprawa nie ucichnie, majątku stoczni nikt nie kupi - przyznaje Adamski. Obecnie - po porażce z Katarczykami - ARP ogłosiła nowe przetargi. Mają się odbyć w listopadzie.

W sobotę na stronie Ministerstwa Skarbu Państwa pojawił się komunikat, że Aleksander Grad po złożeniu przez szefa kancelarii premiera Tomasza Arabskiego zawiadomienia do prokuratury zdecydował o zmianie zespołu prowadzącego sprzedaż stoczni. Na razie jednak nie wiadomo, kto straci stanowisko. - Na razie nie mamy żadnych informacji o decyzjach personalnych ministra skarbu - mówiła wczoraj Roma Sarzyńska, rzecznik ARP. Za sprzedaż stoczni odpowiada właśnie Agencja Rozwoju Przemysłu, a w ministerstwie proces sprzedaży stoczni nadzorował wiceminister skarbu Zdzisław Gawlik.

W niedzielę wieczorem prezes ARP Wojciech Dąbrowski zorganizował konferencję prasową. Twierdził, że opublikowane w stenogramach CBA wypowiedzi są wyrwane z kontekstu, a złamania procedur nie było. - Na przykład ustalenie terminu wadium leży w kompetencjach zarządcy kompensacji. Jego przesunięcie nie było złamaniem procedur. Żaden inny uczestnik przetargów nie składał protestów - punktował Dąbrowski. Przekonywał, że zależało mu na tym, by w stoczniach utrzymana była produkcja statków, a jedynym inwestorem, który był zainteresowany kluczowymi dla produkcji statków składnikami majątku (np. suchym dokiem), byli Katarczycy.

Zanim w sieci pojawiły się przecieki z raportu CBA, inne tropy wskazywały na to, że agenci wzięli pod lupę sprawę sprzedaży stoczniowych spółek-córek. One także - tak jak stoczniowe nieruchomości - wystawiane były wiosną na przetargi.

- Mam informację, że najpierw spółki sprzedano "za grosze", a następnie stocznia spłaciła im bardzo poważne zaległości. Moje zawiadomienia prokuratura zawsze umarzała, więc tym razem zwróciłem się do posła PiS Zbigniewa Kozaka - mówi Leszek Świętczak, szef związku zawodowego "Stoczniowiec".

Poseł Kozak potwierdzał: - Przekazałem materiał od pana Świętczaka do CBA.

Ustaliliśmy, że chodzi o dwie spółki: ochroniarską Euro-Guard i zajmującą się spawaniem Euro-Plazmę. Obie kupił biznesmen Jan Woźniak - prezes firmy konsultingowo-szkoleniowej DSW AFM, wcześniej pracujący m.in. w bankowości (był członkiem zarządu banku HSBC Polska, pracował w Banku Handlowym).

Za pierwszą zapłacił 420 tys. zł (cena wywoławcza - 284 tys. zł), a za drugą 783 tys. zł (cena wywoławcza - 762 tys. zł).

ARP stanowczo zaprzeczyła twierdzeniom Świętczaka. - Przy określaniu ceny wywoławczej obu spółek wzięto pod uwagę zobowiązania stoczni wobec nich. W dodatku żadne zaległe zobowiązanie stoczni wobec powyższych spółek nie zostało zrealizowane, nie może do tego dojść przed zatwierdzeniem przez sąd planu podziału. A w przetargu każdy mógł wziąć udział - mówi Roma Sarzyńska, rzecznik ARP.

Trzeba jednak przyznać, że prywatny dziś Euro-Guard cały czas pilnuje terenu stoczni, za co otrzymuje od zarządcy kompensacji wynagrodzenie - ok. 300 tys. zł miesięcznie (kiedy stocznia działała, spółka dostawała ok. 650 tys. zł miesięcznie).

- Wątku spółek-córek w materiałach CBA nie ma - twierdzi marszałek senatu Bogdan Borusewicz, który także dostał raport CBA. - Wynika z nich natomiast, że urzędnicy za wszelką cenę chcieli utrzymać stoczniową produkcję.

Teoretycznie CBA mogło interesować się także innymi wątkami. Kiedy na początku roku "Gazeta" ujawniła, że bez przetargu kontrakt na poszukiwanie pracy dla zwalnianych stoczniowców otrzymała od ARP firma Work Service, w której udziały miał senator PO Tomasz Misiak, wyjaśnianie tej sprawy także zapowiedziało CBA.



Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':