Traktat lizboński czekał na podpis prezydenta Lecha Kaczyńskiego 557 dni. Najpierw toczył się spór o tak zwaną ustawę kompetencyjną, potem prezydent wysuwał różne zastrzeżenia. W końcu czekaliśmy na wynik referendum w Irlandii, gdzie po raz drugi odbywało się głosowanie w sprawie przyjęcia Lizbony.
Traktat odżył W sobotę - tydzień po decyzji Irlandczyków na tak - Lech Kaczyński podpisał traktat. Podczas ceremonii w sali kolumnowej Pałacu Prezydenckiego towarzyszyli mu premier Donald Tusk, szef Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek, szef komisji Europejskiej José Manuel Barroso i premier sprawującej przewodnictwo w UE Szwecji Fredrik Reinfeldt.
- Sprawa wymaga wyjaśnień dla polskich obywateli, a także dla gości - powiedział prezydent, tłumacząc swoje stanowisko. - Polska jest krajem suwerennym i to Polacy, a nie Irlandczycy powinni decydować - mówił. Przypomniał też, że Lizbona musiała być przyjęta jednomyślnie - niezależnie od tego, czy sprzeciw wyraża
Malta, czy
Niemcy - i bez zgody Irlandii nie mogła wejść w życie. Tłumaczył zatem, że on, wstrzymując swój podpis, bronił zasady jednomyślności.
- Zmiana decyzji narodu irlandzkiego sprawiła, że traktat odżył - powiedział, nawiązując do głośnych wypowiedzi sprzed roku, że traktat jest martwy.
Prezydent podpisał dokument na empire'owym stoliku. Gdy jednak sięgnął po pióro, to odmówiło posłuszeństwa. Sprawę uratował szef departamentu prawno-traktatowego Remigiusz Henczel, wyciągnął z kieszeni marynarki swoje pióro i nim prezydent dokument podpisał. - Trzy razy sprawdzaliśmy i zawiodło - mówił skonfundowany dyrektor, pokazując kartkę, na której prezydenckie pióro było rozpisywane. Tłumaczył, że gdy pióro czeka na stoliku, atrament szybko zasycha.
Dzięki Fotydze, dzięki Mazowieckiemu Kaczyński, mówiąc o traktacie lizbońskim, stwierdził, że jest korzystny dla Polski. To on zresztą ostatecznie go negocjował w 2007 r. Przypomniał, że z 14 polskich postulatów przyjęto wtedy 13. Wśród nich przedłużenie nicejskiego systemu liczenia głosów praktycznie do 2017 r. oraz wprowadzenie protokołu z Joaniny (pozwala odwlekać niektóre decyzje). Chwalił wysiłki i "stanowczość" poprzedniego rządu (któremu premierował jego brat Jarosław), a szczególnie dziękował ówczesnej szefowej
MSZ Annie Fotydze. W innej części przemówienia wspomniał jednak rząd Tadeusza Mazowieckiego, który rozpoczął przemiany doprowadzające do zjednoczenia Europy. - Obalenie muru berlińskiego było bardzo ważne, ale byłoby niemożliwe, gdyby w Polsce nie rządził niekomunistyczny rząd - stwierdził.
- Unia pozostaje związkiem państw narodowych, związkiem ścisłym, ale związkiem państw suwerennych - mówił polski prezydent.
Traktat z Lizbony podpisany 13 grudnia 2007 r. zakłada ściślejszą integrację UE, umożliwi przyjmowanie niektórych decyzji większością głosów, wprowadza osobowość prawną Unii, stanowisko quasi-prezydenta Unii oraz jej ministra spraw zagranicznych. Zwiększa też rolę Parlamentu Europejskiego.
Prezydent stwierdził, że "ten wielki eksperyment ludzkości", jakim jest Unia, powinien zachować zasadę otwartości na nowych członków, w tym Ukrainę i Gruzję. Na zakończenie zaś dodał też, że Europejczykom, w tym Polakom, potrzebne jest przekonanie, że wielka cywilizacja, jaką stworzyli, nie jest w odwrocie.
Hamulcowy Klaus W wystąpieniu premiera Donalda Tuska znalazło się kilka "szpilek", które mogły ukłuć głowę państwa. - Spodziewaliśmy się przeszkód, ale nie przypuszczaliśmy, że będą one tak wielkie - mówił, przypominając, że z ratyfikacją zwlekaliśmy ponad półtora roku. Premier wspomniał też, że traktat był podpisywany nie w imię politycznej kalkulacji, ale "w interesie polskiego narodu". - Polska przestała być nowicjuszem w Europie - stwierdził i przypomniał, że Polacy nie mają wątpliwości co do traktatu i integracji europejskiej.
- Polska dołączyła do 26 państw, które ratyfikowały traktat, czas już najwyższy - stwierdził przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek. Ma nadzieję, że działania Unii przekonają do idei integracji także tych, którzy są jej przeciwni. W jego opinii społeczeństwa nie interesują się traktatami, ale tym, co politycy mogą zrobić dla ludzi, traktat zaś daje im do tego instrumenty.
Jednak teraz wszystkie oczy zwracają się na
Czechy, gdzie decyzje ma podjąć wielki eurosceptyk prezydent Vaclav Klaus. Ostatnio w rozmowie z premierem Reinfeldtem przedstawił nowe postulaty, by Czechy - tak jak Polska i
Wielka Brytania - były wyłączone z obowiązywania niektórych zapisów Karty praw podstawowych.
Reinfeldt, gratulując Polsce przyjęcia tego dokumentu, powiedział, że czeka on na podpis prezydenta Czech. - Europa nie potrzebuje dalszych opóźnień - dodał. Na koniec przemówienia zwrócił się do prezydenta Kaczyńskiego i powiedział po polsku: "Dzienkundzie".
W chwili gdy w Pałacu Prezydenckim politycy spełniali toast szampanem, przed jego bramą grupka kilkunastu działaczy Obozu Wielkiej Polski i Ruchu Suwerenności Narodu Polskiego niosło przykrytą flagą trumnę z napisem "Niepodległość Polski". - Wczoraj Moskwa, dziś Bruksela - przemawiał przez megafon jeden z nich. Obok krzyża transparent głosił: "Czy Polska będzie drugą Palestyną". - Teraz musimy wszyscy modlić się za Polskę - mówiła jedna z uczestniczek demonstracji.
- Pan jest z "Wyborczej", to ja się będę modlić za pana - dodała.