Uroczystość odbyła się w tej samej sali Pałacu Prezydenckiego, gdzie przed 20 laty obradował Okrągły Stół, który doprowadził do obalenia komunizmu w Polsce. W pierwszym rzędzie zasiedli szef parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek, premier Szwecji Frederik Reinfeldt, który przewodzi UE w tym półroczu, szef Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso oraz premier Donald Tusk
Traktat Lizboński czekał na podpis prezydenta Lecha Kaczyńskiego przeszło półtora roku. Najpierw toczył się spór o tak zwaną ustawę kompetencyjną, potem prezydent wysuwał zastrzeżenia co do rozstrzygnięć Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, który jakoby mógł poprzeć niemieckie roszczenia, albo prawo do związków homoseksualnych. W końcu czekaliśmy na wynik referendum w Irlandii, gdzie po raz drugi odbywało się referendum w sprawie jego przyjęcia.
Lech Kaczyński zapowiedział, że po referendum irlandzkim traktat podpisze bez zwłoki i tak też uczynił. - Sprawa wymaga wyjaśnień dla polskich obywateli, a także dla gości - powiedział prezydent tłumacząc swoje stanowisko. - Można powiedzieć, że Polska jest krajem suwerennym i to Polacy a nie Irlandczycy powinni decydować - mówił. Przypomniał, że traktat musiał być przyjęty jednomyślnie niezależnie czy sprzeciw wyrażała
Malta, czy Niemcy i bez zgody Irlandii traktat nie mógł wejść w życie. Tłumaczył, że on wstrzymując podpis bronił zasady jednomyślności. - Zmiana decyzji narodu irlandzkiego sprawiła, że traktat odżył - powiedział nawiązując do głośnych wypowiedzi sprzed roku, że traktat jest martwy. Prezydent podpisał dokument na empirowym stoliku. Gdy jednak sięgnął po pióro to odmówiło posłuszeństwa. - Sprawę uratował szef departamentu prawo-traktatowego Remigiusz Henczel, który wyciągnął z kieszeni marynarki swoje pióro i to nim prezydent dokument podpisał. - Trzy razy sprawdzaliśmy i zawiodło - mówił wyraźnie skonfudowany dyrektor, pokazując kartkę, na której prezydenckie pióro było "rozpisywane" i tłumaczył, że gdy pióro czeka na stoliku atrament szybko zasycha.
W wystąpieniu przed podpisaniem prezydent najpierw pochwalił rząd swojego brata Jarosława Kaczyńskiego (PiS-
LPR-
Samoobrona), który dwa i pół roku temu "wynegocjował 13 z 14 polskich poprawek do Traktatu". Wśród nich wymienił przedłużenie "nicejskiego" systemu liczenia głosów praktycznie do 2017 roku, oraz wprowadzenie protokołu z Joaniny, pozwalającego odwlekać niektóre decyzje. Dlaczego to się wtedy udało? - To wynik stanowczości rządu, premiera, ówczesnej minister spraw zagranicznych Anny Fotygi i prezydenckich ekspertów - odpowiadał sam sobie prezydent.
W wystąpieniu Lecha Kaczyńskiego najważniejsze były trzy elementy.
Po pierwsze - Unia pozostaje związkiem państw narodowych. Prezydent powołał się tu na niedawny wyrok Trybunału Konstytucyjnego Niemiec w tej sprawie. - To odpowiada dzisiejszej Europie, która składa się z państw narodowych. Ale ich współpraca będzie coraz silniejsza dzięki Traktatowi Lizbońskiemu - mówił.
Po drugie - sama Unia bez NATO nie wystarcza. - To wspólnota transatlantycka jest gwarantem tego co udało się osiągnąć w ostatnich 20 latach - mówił.
Po trzecie - Unia musi być otwarta na kolejnych członków. Poza Chorwacją, która wkrótce dołączy do UE, prezydent wymienił Ukrainę i Gruzję. - To najważniejsze przesłanie - podkreślał. - Dziś 27 państw, potem 30, może 35 - mówił.
Przy okazji wygłosił wielką pochwałę Unii, co w jego ustach, polityka z eurosceptycznych kręgów PiS, brzmiało zaskakująco. -
Unia Europejska to niezwykle udany, wspaniały eksperyment w dziejach ludzkości, chyba jedyny w swoim rodzaju. Dlatego nie może być zamknięta dla tych, którzy chcą się do niej przyłączyć, szczególnie dla państw z naszego kręgu kulturowego, jak Ukraina i
Gruzja. Unia nie może im powiedzieć "nie.
Nie wspomniał jednak ani słowem o swoim politycznym przyjacielu, prezydencie Czech Vaclavie Klausie, który wciąż odmawia ratyfikacji Traktatu. Teraz pod Traktatem brakuje tylko podpisu Czech.
O Klausie nie powiedział ani słowa także szef Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek. Podkreślał, że 500 mln obywateli UE nie interesują traktaty, ale to co politycy są w stanie dla nich zrobić, by zapewnić pracę, gaz, prąd itd. Jego zdaniem. Traktat daje nową siłę i instrumenty Unii Europejskiej, a zwiększenie uprawnień Parlamentu Europejskiego zapewnia większą demokratyzację.
Podkreślał, że nie wolno zapominać o tych, którzy nie poparli Traktatu. - Wysłuchajmy ich niepokojów i razem piszmy historię Europy - mówił.
Pierwszy o Klausie i braku czeskiego podpisu mówił premier Szwecji. - Czekamy ma ten podpis. Europa nie potrzebuje dalszych opóźnień - wzywał. Ale sytuacja w Czechach nie jest taka prosta i może się zdarzyć, że ambicja Szwedów, by traktat wszedł w życie do końca grudnia, czyli do końca ich prezydencji, może się nie spełnić.
Barroso chwalił Polskę, chwalił nasze przemiany 1989 r., "bez których nie byłoby dziś zjednoczonej Europy".
Tylko premier Tusk pośrednio wypomniał prezydentowi Kaczyńskiemu, że to on blokował tak długo polski podpis pod traktatem, który był ratyfikowany w przez parlament już w ubiegłym roku. - Minęło 500 dni od chwili kiedy składałem podpis pod Traktatem w Lizbonie - zaczął. - Mieliśmy przekonanie, że decydujemy się na historyczny czyn w imię najgłębszych interesów polskiego narodu.
I dodał: - Zdawaliśmy sobie sprawę, że proces ratyfikacji będzie trudny, ale nie wiedzieliśmy, że to aż tak długo będzie trwało.
Tusk mówił dużo o powszechnym w Polsce poparciu dla UE i dla Traktatu. - Nie wynika on z tego, że Polacy przestudiowali ten traktat, ale z intuicji politycznej, że prawdziwe bezpieczeństwo w każdym wymiarze będzie lepiej określone we wspólnocie. A Traktat Lizboński tę wspólnotę wzmacnia.
Zakończył sformułowaniem, które przypominało nieco retorykę "polityki siłowej" PiS i prezydenta Kaczyńskiego w Europie. - Ten podpis kończy etap bycia nowicjuszem we wspólnocie, Polska zajmuje miejsce należne naszemu dumnemu narodowi. Ale oczekiwania są większe. Bez kompleksów i bez lęków decydujemy się na większa integrację - powiedział Tusk. - Stajemy się współliderem tego co dobre się dzieje w Unii.
Na koniec jeszcze raz głos zabrał prezydent. Od razu nawiązał do ostatnich słów Tuska. - To dzień polskiej pewności w UE - mówił.
Potem odwołał się do słów Buzka o mniejszości, która jest przeciw traktatowi. - Trzeba ich przekonywać. I to nie my ich przekonamy, ale dalszy rozwój UE.
Prezydent znów wrócił do ulubionego tematu PiS o koniecznej obronie polskiej suwerenności. - Traktat nikomu podmiotowości nie odbierze, nie tylko tej kulturowej, ale także tej politycznej. Pozostaniemy w pełni suwerenni - zapewniał. - Ważne są i prąd i gaz, ale też poczucie że te wartości, które ucieleśnia nasza wielka cywilizacja, nie są w odwrocie. Może te wartości nie są najlepiej realizowane, ale tworzą najlepszy ze światów, które zna ludzkość.
W chwili, gdy w Pałacu Prezydenckim politycy spełniali toast szampanem przed jego bramą grupka kilkunastu działaczy Obozu Wielkiej Polski i Ruchu Suwerenności Narodu Polskiego niosło przykrytą flagą trumnę z napisem "Niepodległość Polski". - Wczoraj Moskwa, dziś Bruksela - przemawiał przez megafon jeden z nich. Obok krzyża transparent głosił "Czy Polska będzie drugą Palestyną". - Teraz musimy wszyscy modlić się za Polskę - mówiła jedna z uczestniczek demonstracji. - Pan jest z "Wyborczej", to ja się będę modlić za pana - dodała.