http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Keret: Izrael ma kłopot z Edelmanem

Rozmowa z Etgarem Keretem*
2009-10-12, ostatnia aktualizacja 2009-10-17 21:05

Marek Edelman
Marek Edelman
Fot. Wojciech Surdziel / Agencja Gazeta

Nikt u nas nie kwestionuje tego, że Marek Edelman był wielki. Ale nie chciał tutaj żyć. I nigdy nie mówił, że w getcie walczył po to, by powstało państwo Izrael - mówi znany pisarz izraelski


Fot. Albert Zawada / AG
Paweł Smoleński: Umarł Marek Edelman.

Etgar Keret: Człowiek o pięknym życiorysie, przywódca powstania w getcie warszawskim. Niewątpliwie bohater - wiemy to w Izraelu - choć dla wielu Izraelczyków nie jest to największy bohater ich życia.

Dlaczego?

- To pytanie nie o życiorys Edelmana, ale o Izrael. Jest znaną postacią; Izraelczycy - myślę - szanują takie biografie. Lecz nie jest aż tak znany, by wynosić go na piedestał.

Był żołnierzem w getcie, ale też w Powstaniu Warszawskim. Był znakomitym kardiologiem i zaangażowanym społecznikiem. Działał w antykomunistycznej opozycji w Polsce, w czasie wojny w byłej Jugosławii jeździł z konwojami humanitarnymi do Sarajewa. Kazik Ratajzer, który w Izraelu przyjął nazwisko Simcha Rotem, towarzysz Edelmana z getta, powiedział, że całe życie zajmował się ludzkimi sprawami. Czy to mało, by być bohaterem?

- O powojennych losach Edelmana chyba mało kto u nas wie. Dla ludzi starszej generacji, choć pewnie dalece nie wszystkich, dla ocalonych z Zagłady, Edelman był wielką postacią. Dla mojej generacji - 40-latków - kimś, kto pięknie zapisał się w wojennej historii. I niewiele więcej.

Nie wiem, czy to właściwe porównanie, ale chyba coś jest na rzeczy. Po wyjściu z Egiptu Żydzi przez 40 lat chodzili po pustyni, by odeszło pokolenie nawykłe do życia w niewoli. Ci, którzy dotarli do Ziemi Obiecanej, znali Egipt z przekazów, lecz niewola nie była częścią ich biografii. Z dzisiejszym Izraelem jest podobnie. Nosimy w sobie pamięć diaspory i traumę Zagłady, lecz nasz biografia jest już zupełnie inna, zbudowana na opozycji wobec tej pamięci.

Czegoś tu nie rozumiem. Bohaterami Izraela są obrońcy Masady i żydowscy powstańcy sprzed tysiącleci. Tydzień temu zmarł człowiek o równie heroicznej biografii, obrońca żydowskiej dumy i godności w czasach największego zła. Każdy naród czci takich bohaterów.

- Przecież nikt nie kwestionuje tego, że Edelman był wielki. Ale z takimi Żydami jak Edelman Izrael ma kłopot.

Gdzie ten kłopot? Amos Oz mówi, że Edelman nie dość, że dla niego osobiście był jednym z największych bohaterów, był również bohaterem Żydów i Polaków, a nawet więcej - bohaterem wolnego świata. I że w tym nie ma żadnej sprzeczności.

- Bo nie ma. Ale wszystko zależy od tego, jak patrzymy na historię Żydów i ideologiczne podstawy Izraela. A tu się sprawy komplikują.

Holocaust jest jednym z najważniejszych izraelskich fundamentów. Powstanie w warszawskim getcie wpisuje się w ciąg żydowskich powstań, tragicznych, przegranych, lecz prowadzących ku celowi, który się w końcu zmaterializował. Tym celem jest żydowskie państwo, Izrael. W takim myśleniu nie ma alternatywnego wariantu. A przecież jest. Inna sprawa, czy jest to prawdziwa alternatywa.

W Izraelu jest kibuc imienia Bohaterów Getta i drugi - Mordechaja Anielewicza. Bojownicy ŻOB-u, którzy tu przyjechali, otoczeni byli wielkim szacunkiem. Za to, co robili w getcie. Edelmana też szanowano. Ale ważne było też to, że oni wrócili do ojczyzny, a on został w Polsce.

Anielewicz był syjonistą i komunizował, lecz nawet między skrajnymi izraelskimi antykomunistami nie znajdzie się chyba nikt, kto odmówi mu wielkości, odwagi, bohaterstwa. Gdybym był cyniczny, powiedziałbym, że wiem dlaczego. Anielewicz zginął w getcie, popełnił samobójstwo tak samo jak obrońcy Masady. Gdy ktoś ginie śmiercią bohatera i w takiej sprawie, o jaką walczono w getcie, bardzo łatwo go monumentalizować.

Nie chcę powiedzieć, że Anielewiczowi należy się mniejsza cześć. Był bezspornie wielkim, odważnym człowiekiem. Wiem za to, że można powiedzieć: jego śmierć przyczyniła się do powstania żydowskiego państwa. Umarł za to, byśmy mogli żyć, jak żyjemy. W tym znaczeniu Anielewicz został Izraelczykiem.

Poza tym każdy kraj bohaterów zmarłych lata temu czci o wiele łatwiej niż tych, którzy są albo jeszcze niedawno byli między nami.

Marek Edelman nie był syjonistą, nigdy nie mówił, że w getcie walczył po to, by powstało państwo Izrael. Anielewicz też pewnie o tym wówczas nie myślał. Ale zginął, więc należy do izraelskiej mitologii.

Czy to znaczy, że Edelman byłby częścią izraelskiej mitologii, gdyby zginął w getcie albo wyjechał do Jerozolimy? A tak był tylko człowiekiem szanowanym za wojenną przeszłość?

- Okropne pytanie. Lecz spróbuj zrozumieć Izrael. Wojna ukazała słabość diaspory; nie umieliśmy się obronić się, przetrwać, mimo tych wszystkich poetów, psychoanalityków, matematyków, lekarzy, artystów, bankierów. Mimo mistyków, chasydów, rabinów. Mimo wiary.

Holocaust oznaczał wymordowanie europejskich Żydów. Okazało się, że przedwojenne żydowskie elity z Niemiec, z Francji, z Polski, które w jakimś sensie były kosmopolityczne i wyznawały pogląd, że można być zarazem Francuzem i Żydem, pomyliły się w sposób tragiczny, a rację mieli ci nieliczni, którzy mówili: musimy stworzyć państwo, to podstawa, jedyna rzecz dająca nam bezpieczeństwo. Tylko państwo obroni nas przed pogardą, antysemityzmem, represjami i pogromami.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 81 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    51 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':