Straganiarze, sklepikarze i miliony innych drobnych przedsiębiorców to niedocenieni bohaterowie polskiej transformacji. Pracują na okrągło, płacą sobie mniej niż pracownikom, nieustannie ryzykują, nie liczą na państwo. Socjologowie o nich nie piszą, bo wolą pochylać się z troską nad ofiarami transformacji, a nie nad jej beneficjentami. Urzędnicy biorą od nich łapówki i traktują jak dojne krowy - pisze
Witold Gadomski ("Na własny rachunek", "Gazeta Świąteczna", 3-4 października).
Socjologowie rzeczywiście chętniej zajmują się wykluczonymi. To jednak nie znaczy, że nie mają o przedsiębiorcach nic do powiedzenia. Z badań wyłania się obraz bardziej skomplikowany i mniej heroiczny.
W latach 90. małe, jednoosobowe przedsiębiorstwa tworzyli głównie byli robotnicy. Nieco większe - kadra kierownicza i inżynierska z przedsiębiorstw państwowych. To oni mieli wiedzę i kontakty, a czasami dostęp do sprzętu z upadających czy prywatyzowanych zakładów. Byli to ludzie - jak kilka lat temu powiedział mi autor jednego z największych badań polskich przedsiębiorców prof. Juliusz Gardawski z SGH - "wrzuceni w kapitalizm".
Krótko mówiąc - oni są z nas; ze względów historycznych nie ma w Polsce nie tylko klasy kapitalistów, ale nawet przedsiębiorców z etosem i tradycją.
Polacy przedsiębiorców szczególnie nie lubią i niespecjalnie szanują. Według badań z 2004 r. przeprowadzonych na zamówienie Instytutu Spraw Publicznych przedsiębiorca wyróżnia się przede wszystkim tym, że jest bogaty (myśli tak 73 proc. Polaków), oszczędny (63 proc.), inwestuje w firmę (45 proc.). Niekiedy chełpi się pieniędzmi (44 proc.). Raczej nie przestrzega prawa (48 proc.) i jest nieuczciwy (41 proc.). Troszczy się o siebie, nie o pracowników (55 proc.) i żyje z ich, a nie z własnej pracy (71 proc.) i nie pracuje więcej od innych (53 proc.). Aż 58 proc. uważało, że przedsiębiorca wywyższa się i uważa za lepszego od innych.
Rzeczywistość jest zapewne nieco lepsza. Ci Polacy, którzy sami pracowali w małych prywatnych firmach, mieli o nich wyraźnie lepszą opinię. Ten zły wizerunek może mieć korzenie w komunistycznej propagandzie, a może też w tradycyjnej, szlachecko-inteligencko-urzędniczej niechęci do biznesu, zakorzenionej w Polsce od stuleci. Ale może jest w tym coś z doświadczenia?
Także zaradność i elastyczność małego biznesu ma drugie dno. Bohaterowie tekstu Gadomskiego mówią, że uczciwe prowadzenie interesów w Polsce jest bardzo trudne i rzadko spotykane. To samo mówią inni przedsiębiorcy socjologom. Z jednej strony to racja - powszechnie wiadomo, że w otoczeniu niechętnych urzędów, niewydolnych sądów i wysokich podatków trudno jest prowadzić biznes. Z drugiej - przekonanie, że nie sposób być uczciwym, dostarcza wygodnego usprawiedliwienia do obchodzenia prawa.
Właściciele małych firm - to także wynika m.in. z badań prof. Gardawskiego - pracują bardzo ciężko, często znacznie dłużej od swoich pracowników. Można jednak być pracowitym, aspołecznym cynikiem - i w takim zestawieniu nie ma nic sprzecznego z naturą. "Nauczyli się też, że państwo jest słabe, a prawo elastyczne. Gdzie może, oszukuje. Bez żadnych skrupułów. Bo można" - mówił w wywiadzie dla "Gazety" prof. Gardawski o przedsiębiorcach, których badał.
Kiedy przedsiębiorcy zdarza się omijać podatki, nie składa się na szkoły, policję czy drogi (to prawda, że są kiepskie, ale w ten sposób nie staną się lepsze). Kiedy zdarza mu się płacić pracownikom pod stołem, zmniejsza ich przyszłe emerytury. Kiedy opóźnia wypłaty, kredytuje firmę ich kosztem. Na pewno często biznesmen robi takie rzeczy dlatego, że inaczej musiałby zamknąć firmę (omijanie prawa wyraźnie częściej zdarza się w czasach kryzysu).
Ale czy zawsze chodzi o przetrwanie? Oczywiście każdemu chyba zdarzyło się zapłacić hydraulikowi czy mechanikowi i nie poprosić o fakturę. Nie mówię, że urzędnik Kowalski zarabiający średnią krajową jest pod tym względem (albo w jakikolwiek inny sposób) moralnie lepszy od Iksińskiego - przedsiębiorcy, który uchyla się od swoich danin, jak może. Przedsiębiorca obraca jednak większymi kwotami i ma znacznie więcej możliwości nadużyć. Jego rola społeczna - a więc i odpowiedzialność - jest większa.
Wobec pracowników pracodawcy zachowują się zazwyczaj paternalistyczne. Sądzą, że świetnie znają ich potrzeby, i że zachowują się wobec nich tolerancyjnie i wyrozumiale. Są zaskoczeni, kiedy okazuje się, że pracownicy mają w tej kwestii inne zdanie. Równocześnie jednak nie tolerują związków zawodowych. Nie ma w tej relacji miejsca na dialog z prawdziwego zdarzenia.
Jeden z bohaterów Gadomskiego mówi: "Mam wrażenie, że za te pieniądze [które płacę państwu] otrzymuję bardzo niewiele. Jeżdżę po fatalnych drogach, choć państwo bierze z mojej kieszeni pieniądze na ich budowę i utrzymanie. Urzędnicy, z którymi mam nieprzyjemność się stykać w urzędzie skarbowym lub w gminie, traktują mnie jak uciążliwego petenta, choć żyją za moje podatki. Prosta rejestracja spółki w sądzie zabiera godziny, nikogo nie obchodzi, ile w ten sposób tracę. Państwo nie zapewnia mi nawet bezpieczeństwa. Co miesiąc płacę 200 zł firmie chroniącej dom".
Czy tak mówią ludzie, którzy są liberałami z przekonania? A może ci, którzy radzą sobie sami, bo nie mają zaufania do wspólnoty i po prostu nie wierzą w sens wspólnego działania? Za poglądami, które głoszą bohaterowie Gadomskiego, kryje się wizja społeczeństwa w stanie wojny wszystkich ze wszystkimi - społeczeństwa "w stanie natury", przed cywilizacją, takiego, jakie wyobrażał sobie w XVII w. David Hume. To wizja darwinowskiej walki o przetrwanie- jak nie oszukasz innych, oszukają ciebie, jak będziesz miękki, to cię zgniotą.
Nieufność wobec zbiorowego działania jest u naszych przedsiębiorców zakorzeniona tak głęboko, że tylko 7 proc. z nich należy do jednej z organizacji - takich jak Konfederacja Pracodawców Polskich - które mają ich reprezentować. Marksista pokiwałby tylko nad tym głową z zadumą - kapitaliści nie ufają sobie wzajemnie tak dalece, że nie potrafią się zjednoczyć nawet w walce o klasowe interesy!
Przecież liberalizm na tym nie polega. Państwo liberalne to nie takie, w którym wspólnota nie istnieje! Płacenie podatków to akt zbiorowej solidarności, która opłaca się wszystkim.
Być może właśnie niechęć do zbiorowego działania leży u podstaw bardzo niskiej innowacyjności polskiej gospodarki, która wychodzi we wszystkich międzynarodowych badaniach. Wprowadzanie nowych technologii (nie mówiąc o ich wymyślaniu) udaje się zazwyczaj w dużych organizacjach, bo wymaga skomplikowanego podziału pracy, dobrej współpracy grup ekspertów, menedżerów itd. Trudno jest jednak zbudować dużą organizację w środowisku, w którym nikt nikomu nie ufa i w którym wszyscy razem z zasady nie ufają instytucjom. Kiedy pracownikowi się nie ufa, wydajność kuleje - każdemu trzeba cały czas patrzeć na ręce, a kontrola kosztuje (i często się nie sprawdza).
Jaki racjonalny człowiek będzie inwestował w drogie, skomplikowane i ryzykowne przedsięwzięcia, które zwracają się po latach, jeśli żyje z głęboko ugruntowanym przekonaniem, że "prędzej czy później i tak w końcu ktoś mnie oszuka"? Społeczeństwo, w którym każdy chce każdego wykorzystać i że mogę ufać tylko sobie, żonie i szwagrowi - a już z tym szwagrem to tak naprawdę nie wiadomo - jest skazane na mały biznes. Nawet bardzo mały.