Był bundystą. Przed II wojną światową znaczyło to naprawdę dużo. Algemejner Jidiszer Arbetersbund In Lite, Pojln un Rusland - Powszechny Żydowski Związek Robotniczy na Litwie, w Polsce i Rosji - powstał oficjalnie w Wilnie w 1897 r. Świecki, żydowski, socjalistyczny, masowy ruch robotniczy.
Po rewolucji październikowej centrum bundowskiej działalności przeniosło się do Polski. Był to żydowski ruch robotniczy związany z Polską, nierzadko sprzymierzający się z Polską Partią Socjalistyczną. W państwie polskim Bund domagał się autonomii narodowo-kulturalnej dla Żydów. W sporze z syjonistami o „tu” i „tam” - dojkajt i dortkajt - opowiadał się zdecydowanie za pierwszą opcją. Bundowcy lokowali przyszłość Żydów w Polsce, u boku nieżydowskich sąsiadów.
Mało kto o nich pamięta. Dzisiejsze teleologiczne złudzenie post factum zdaje się przesądzać w tym sporze o zwycięstwie syjonistów. Nie było tak jednak w żadnej mierze w latach 20. i 30. Program Bundu zdawał się wtedy, wprost przeciwnie, sensowniejszy, bardziej uzasadniony i realistyczny - żydowska partia robotnicza stowarzyszona z szerszym ruchem robotniczym, świecka żydowska kultura w jidysz, którym mówi większość Żydów, przyszłość tam, gdzie Żydzi już od dawna żyją, pośród znajomych sobie ludzi. Z ówczesnej perspektywy znacznie bardziej księżycowy zdawał się pomysł syjonistów, żeby miliony wschodnioeuropejskich Żydów miały nauczyć się nowego języka, opuścić swoje
domy i dotychczasowe życie, i przemieścić en masse na bliskowschodnią pustynię, by żyli pośród kaktusów i wielbłądów, wśród ludzi, o których nic nie wiedzieli.
Ostatnie słowo mieli w tej kwestii nie syjoniści ze swoimi przekonującymi argumentami, tylko Hitler - Holocaust oznaczał kres żydowskich mas w Europie Wschodniej, a tym samym koniec Bundu. Kiedy
Marek Edelman przejmował dowództwo powstania w warszawskim getcie, wiedział, że społeczność, którą miał reprezentować Bund, już nie istnieje, że czas wschodnioeuropejskich Żydów najprawdopodobniej dobiega kresu. "Chodziło tylko o wybór sposobu umierania" - wyjaśnił Hannie Krall podczas rozmów, które stały się niezwykłą książką "Zdążyć przed Panem Bogiem". Ogół uznał, że lepiej "zginąć z bronią w ręku", więc to właśnie Edelman i jego towarzysze z Żydowskiej Organizacji Bojowej postanowili zrobić. Nie myślał, że przeżyje, nie o to chodziło. Cel był bardziej znaczący -a przynajmniej bardziej estetyczny - śmierć.
Nieliczni przeżyli - niczego innego nie spodziewali się bojownicy getta. Kiedy generał SS Jürgen Stroop kazał podpalić getto, Edelman wyprowadził kanałami ocalałych bojowników. Minęło podówczas ledwie dziewięć miesięcy od pierwszej masowej deportacji do Treblinki.
Kiedy Marek Edelman zobaczył, że żyje, wraz z ocalałymi towarzyszami z ŻOB Icchakiem Cukiermanem i Cywią Lubetkin przyłączył się do walki z Niemcami, jaką rok później stoczyli w Powstaniu Warszawskim Polacy. Po wojnie został kardiologiem. Była w tym jakaś logika - po tym, co przeżył, znaczącą stawką w grze mogły być tylko życie i śmierć.
"Pan Bóg już chce zgasić świeczkę - powiedział Marek Edelman Hannie Krall - a ja muszę szybko osłonić płomień, wykorzystując Jego chwilową nieuwagę. Niech się pali choć trochę dłużej, niż On by sobie życzył.
To jest ważne: on nie jest za bardzo sprawiedliwy. To jest również przyjemne, bo jeżeli coś się uda - to bądź co bądź Jego wywiodło się w pole...".
Oto radykalizm, subtelny i ironiczny, jakiego nam trzeba. Czy był tam Bóg? Był, ale po ich stronie - szydził Edelman.
Latem 1951 r. ci, którzy wygrali wojnę, postawili przed sądem likwidatorów warszawskiego getta. Minęło osiem lat, odkąd Edelman powstał z towarzyszami przeciwko Niemcom - odkąd spłonęło warszawskie getto. Oficerowie SS Franz Konrad i Jürgen Stroop nie przyznali się do winy.
Na procesie Marek Edelman zeznawał jako świadek. Był bohaterem, ale złożył świadectwo bez patosu, prostymi słowami. Nic nie miało dla niego mistycznego wymiaru - ani dowodzenie powstaniem, ani płomienie, które pochłonęły żydowskie getto. Wszystko, o czym mówił, było brutalnie ludzkie - nawet to, co byśmy uznali za nieludzkie. Opisywał, jak
Niemcy znajdowali ostatnich ukrywających się w getcie Żydów: "Przy pomocy pejcza można się od pięcioletniego dziecka wszystkiego dowiedzieć. Bijąc pejczem dziecko, Niemcy doprowadzili je do takiego stanu, że ociekając krwią od góry do dołu, dziecko podczołgało się na schody i pokazało, że tę belkę trzeba usunąć i tu są Żydzi".
"Muszę jeszcze coś innego powiedzieć - wyznał sądowi Jürgen Stroop. - Gdy Himmler dał rozkaz, że chodzi o szybkie zniszczenie getta, to było trudno zdecydować, w jaki sposób to zrobić". Zapadła decyzja: podpalić. "Nie będę tu opisywał scen, które się tam odbywały - zeznawał Edelman - bo to jest jasne, że jeżeli się pali dom, to ludzie palą się żywcem. Jak człowiek spada na palącej się belce, jeszcze żyje i leży potem cztery godziny na podwórzu i prosi ludzi, aby go dobili. Takich scen było więcej".
"Starałem się w swoim życiu zawsze zachować się po rycersku - zeznawał Stroop. - To jest najważniejsze dobro, jakie ma moja żona i moje dzieci. Starałem się w swoim życiu tę rycerskość, jaką miałem w stosunku do żony, rozszerzać na inne kobiety". Podczas powstania Marek Edelman widział szpital na Gęsiej 6. Przed sądem opisał, co tam zobaczył. "W jednym łóżeczku leżał noworodek zaduszony poduszką, w drugim leżała kobieta z rozprutym brzuchem, na trzecim kobieta, która prawdopodobnie rodziła, została zabita razem z dzieckiem. Tak wyglądał oddział ginekologiczny (...). To, co powiem, widziałem przy wejściu do getta na rogu Gęsiej i Zamenhofa: siedziała kobieta z dzieckiem na ręku, prawdopodobnie nie żyła już od 24 godzin, ale widocznie ktoś bardzo dowcipny rozebrał kobietę do połowy i pierś wsunął dziecku do buzi. Tak to wyglądało". "To nie było takie ważne, co robiłem" - powiedział w obronie własnej Stroop.
Marka Edelmana spotkałam tylko raz. Było to w 1997 r., jechałam pociągiem z Warszawy do Łodzi. Okazał się, nieco zaskakująco, właśnie taki, jak go sobie z opisów wyobrażałam: ciepły i sarkastyczny, miły i szorstki. Wyzbyty sentymentalizmu.
"Sugerował Pan, że wtedy Bóg był, ale po ich stronie? - spytałam. "To dowcipy. Bóg to w ogóle wymyślona rzecz" - odparł. - Przed wojną "zniszczyć życie ludzkie to było coś" - wyjaśnił. Kiedy wojna się skończyła, zniszczenie ludzkiego życia już niewiele znaczyło. Według Marka Edelmana Holocaust uczył nihilizmu. Nakazem moralnym było stawienie mu czoła przez umiłowanie życia i umiłowanie miłości.
Miłość była dla niego ważna - chciał, żebym to rozumiała. Nie znaczy to, że przywódca powstania w żydowskim getcie był romantykiem. Marek Edelman - bohater najbardziej polskiego z polskich powstań - najbardziej beznadziejnego - miał w sobie mało z romantyka. "Człowiek nie jest dobrą instytucją - wyjaśnił. - To fatalna instytucja. Każdy człowiek ma w sobie złe jądro. Bardzo łatwo jest wzbudzić nienawiść, a bardzo trudno miłość. (...). Człowiek to bardzo niedobry twór. Ma tylko trzy milimetry szarych komórek".
Również syjonizm jako stary człowiek nadal uznawał za raczej głupi. Po wojnie nie myślał o odbudowie Bundu - historia polskich Żydów dobiegła końca. Nie ma już Żydów. Co do tego nie miał wątpliwości, nie ma o czym rozmawiać. "To smutne dla Polski - powiedział - bo państwo jednonarodowe nigdy nie jest dobrą rzeczą".
Przełożył Sergiusz Kowalski
*Marci Shore - amerykańska historyczka, pracuje na Yale University. Specjalizuje się w historii Żydów i historii Europy Środkowo-Wschodniej