Uroczystości pogrzebowe rozpoczęły się przed pomnikiem Bohaterów Getta na Muranowie. W tym miejscu 19 kwietnia 1943 r. wybuchło żydowskie powstanie, którego jednym z dowódców był
Marek Edelman. Po wojnie przyjeżdżał tu w każdą rocznicę zrywu w getcie, by oddać hołd poległym towarzyszom. Kładł pod pomnikiem żółte kwiaty, a potem szedł do kopca usypanego nad bunkrem sztabu Żydowskiej Organizacji Bojowej i na Umschlagplatz.
Wczoraj przed pomnikiem stanęła jego trumna, przykryta czerwonym sztandarem żydowskiej partii socjalistycznej Bund, do której należał Edelman. Zabrzmiała pieśń Mordechaja Gebirtiga "Unzere sztetl brent" ("Nasze miasteczko płonie"), a potem hymn Bundu.
- Żegnamy człowieka, który był dla nas wzorem i oparciem - mówił wczoraj do zebranych przed pomnikiem
Tadeusz Mazowiecki. Przypomniał biografię Edelmana - działacza Bundu, współtwórcy Żydowskiej Organizacji Bojowej, ostatniego przywódcy powstania w getcie, a po wojnie - znakomitego lekarza, którego w 1968 r. znów dotknęła fala antysemityzmu.
- Nie wyjechał jednak z Polski, bo uważał, że ktoś tu musi pozostać ze swoimi umarłymi. To była jego ojczyzna. Był Polakiem i Żydem. Nie ma sensu rozważać, kim bardziej - kontynuował Tadeusz Mazowiecki.
Były premier wspominał działalność Edelmana w demokratycznej opozycji, a następnie jego zaangażowanie w przemiany w Polsce.
- Należał do środowiska, które wywarło największy wpływ na powstanie niepodległej III Rzeczypospolitej. Teraz ten strażnik pamięci, wszędzie gdzie uczestniczył, stawał się strażnikiem zasad. Za największe zło uważał wszelkie zarodki nienawiści w życiu publicznym. Ostro reagował na przejawy szowinizmu i nacjonalizmu.
- Jego obecność w świecie polityki naznaczona była lekarską pasją. Marek był obecny w polityce, by ratować ludzi - mówił
Adam Michnik, naczelny "Gazety Wyborczej".
Przypomniał wydarzenie, które na zawsze naznaczyło Marka Edelmana. Na początku okupacji widział wepchniętego na beczkę starego Żyda, któremu
Niemcy obcinali dla zabawy brodę.
- Najważniejsze - mówił Marek - nie dać się wepchnąć na beczkę. Straszniejsze od samobójstwa jest pragnienie poniżonego do szczętu człowieka, żeby nie mieć twarzy. Marek nigdy nie pozwolił wepchnąć się na beczkę. Zawsze miał twarz. Nigdy też nie pozwalał, by na beczkę wpychano innych - mówił Adam Michnik.
Prof. Marek Zembala, kardiolog, opowiadał o Edelmanie jako lekarzu, zaś Aleksander Smolar - o człowieku obalającym mity.
Odczytano też wspomnienie przyjaciółki Edelmana Chawki Folman-Raban, w czasie wojny łączniczki ŻOB. "Gdy poznałam Marka, od razu spodobał mi się sposób, w jaki mówił - sarkastyczny, ironiczny, czasem bardzo, za bardzo bezpośredni, nie ostrożny i nie delikatny, ale prawdziwy, otwarty. Wielu nie mogło znieść tego stylu. Również antysyjonizm Marka oddalał od Niego ludzi, w niektórych wzbudzał wręcz wrogość. Nie mogli i nie próbowali zrozumieć tego, że został w Polsce. Tymczasem on zawsze był tam, gdzie upokarzano słabych i cierpiących. Walczył zawsze i wszędzie przeciw złu, po stronie sił, które zło zwalczały". Po uroczystości pochód z trumną szedł na Cmentarz Żydowski ulicą Anielewicza, śladem przedwojennych żydowskich konduktów. Przed 1943 r. biegła tedy Gęsia - jedna z głównych ulic nieistniejącej już dzielnicy zamieszkanej przez ludność żydowską. To tu znajdowało się centrum utworzonego przez Niemców getta. Na Anielewicza nie czuło się żałoby. Przygrzewało słońce, a towarzyszące konduktowi standardy jazzowe tworzyły nieco piknikowa atmosferę. W kondukcie szli przyjaciele Edelmana, mieszkańcy Warszawy. I mnóstwo młodych ludzi. - Jesteśmy z uniwersytetu im. Jana Józefa Lipskiego w Teremiskach. Chcemy zaśpiewać nad grobem Edelmana bundowską "Nowa Przysięgę". W nocy uczyliśmy się trzeciej zwrotki, którą tak lubił Edelman - tłumaczyła studentka Joanna Faryna. Atmosfera zmieniła się na cmentarzu. Orkiestra wojskowa zagrała żałobnego marsza. Trzykrotnie rozbrzmiała salwa honorowa. Dr Marek Edelman pochowany został przy głównej alei, obok grobów swoich towarzyszy z Bundu i ŻOB. - Zmarł człowiek, który wszystkiego o śmierci dowiedział się za życia. Umiał z nią walczyć i o niej mówić - mówił nad grobem pisarz Jacek Bocheński. Dodał, że doktorowi Edelmanowi zawdzięczała życie jego żona. W ostatniej chwili, bez żadnych analiz, rozpoznał u niej śmiertelną chorobę. Zabrał ją do swego szpitala w Łodzi i przedłużył jej życie o ćwierć wieku. - Nigdy nie wybrał się na urlop. W walce o życie pacjentów był wręcz namolny. Potrafił godzinami siedzieć przy chorym i trzymać go za rękę, badając puls - wspominał młody lekarz z Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Łodzi, gdzie pracował Edelman. Z kolei Konstanty Gebert nad grobem doktora zaapelował, by jego imieniem nazwać powstające właśnie w Warszawie Muzeum Historii Żydów Polskich.