- Jeśli chcecie mieć rodzinę, pomożemy wam. Jeśli czujecie się zagrożeni, ochronimy was. Jeśli zaryzykujecie bezpieczeństwo, by powstrzymać zbrodnię, staniemy u waszego boku. Jeśli oszczędzacie całe życie, zostaniecie nagrodzeni - mówił jak kaznodzieja David Cameron, przywódca największej opozycyjnej partii na Wyspach.
Jego gorące przemówienie zamknęło doroczną konferencję torysów w Manchesterze. Komentujący brytyjską politykę portal Politics.co.uk pisał, że to było najważniejsze wystąpienie przywódcy konserwatystów w karierze. Wyrastający w cieniu Margaret Thatcher Cameron wychodził ze skóry, by przekonać Brytyjczyków, że nadaje się na premiera. I że jest właśnie tym jedynym, który wyciągnie Wielką Brytanią z kryzysu i marazmu.
Choć konserwatyści od wielu miesięcy mają kilkunastoprocentową przewagę w sondażach nad rządzącą Partią Pracy, to nie są absolutnie pewni zwycięstwa w wyborach. Co więcej, analitycy przekonują, że Cameron nie jest wciąż postrzegany jako premier. A jeśli wygra wybory, które mają się odbyć do połowy 2010 roku, to dlatego, że po 12 latach większość Brytyjczyków ma szczerze dość Gordona Browna i Partii Pracy.
Być może dlatego przemówienie Camerona brzmiało tak, jakby szef opozycji już był premierem. - Nic nie będzie łatwe. Będą nas wystawiali na próbę i ja będę wystawiany na próbę. Jestem na to gotowy - mówił. - Przed nami stroma wspinaczka, ale widok z góry będzie tego warty.
"Widok z góry" to
Wielka Brytania pod rządami torysów - kraj bezpieczny i dynamiczny, gdzie większość obecnych bezrobotnych znajdzie pracę, gdzie nie marnuje się publicznych pieniędzy tak jak w państwie laburzystów, a biurokracja jest znacznie mniejsza.
Tyle że za ten raj trzeba będzie zapłacić cięciami w zasiłkach dla niezdolnych do pracy, podniesieniem wieku emerytalnego, cięciami budżetowymi itd. Ale o przykrych reformach mówił nie Cameron, ale George Osborne, minister finansów w gabinecie cieni. I to dwa dni temu.
Cameron nie obiecał, że rozpisze referendum w sprawie traktatu z Lizbony, bo wie, że gdy torysi przejmą władzę, to traktat będzie już w mocy i próba obalenia go w referendum oznaczałaby konieczność opuszczenia Unii.
Przeciwko utworzeniu stanowiska prezydenta Unii (co przewiduje traktat) wypowiedział się ostro przyszły szef dyplomacji torysów William Hague. - Opowiadamy się za Unią, która działa na podstawie porozumienia między krajami, a nie wysuwa ponad nie prezydenta - mówił.