Agnieszka Kublik: Premier Tusk wypowiedział wojnę PiS-owi i jednocześnie zapowiedział komisję śledczą do wyjaśnienia afery hazardowej. Czy na wojnie da się rzetelnie wyjaśnić tę aferę? Prof. Tomasz Nałęcz (szef pierwszej komisji śledczej do sprawy afery Rywina): Na wojnie nie. Na pewno to będzie dla komisji śledczej największym zagrożeniem.
Ale poprawka: to nie Tusk wypowiedział wojnę PiS-owi. Tusk został przez PiS zaatakowany i nie miał innego wyjścia niż przystąpić do obrony. Alternatywą byłaby kapitulacja.
Przez PiS zaatakowany? - Gdy patrzę na zachowania PiS, który nie zna żadnej miary, na zachowania prezydenta, który ochoczo włączył się tę sprawę, to jest jasne, że pierwszy tę wojnę Platformie i Tuskowi wypowiedział PiS. A w roli szturmowego oddziału wystąpił szef CBA
Mariusz Kamiński.
Ma Pan na myśli, że Kamiński w połowie sierpnia poinformował premiera, że ludzie Platformy, Zbigniew Chlebowski i Mirosław Drzewiecki lobbują na rzecz branży hazardowej? - Tak. Bo nie rozumiem, dlaczego Kamiński zdecydował się na przekazanie tej sprawy premierowi. Absolutnie nie przekonuje mnie jego argument, że kierował się dobrem postępowania legislacyjnego i że interes ekonomiczny państwa był zagrożony z powodu przyjęcia złej ustawy. Bo przecież ustawa przyjęta nie była. Ba, do jej przyjęcia musiało upłynąć jeszcze kilka miesięcy. Projekt ustawy był przecież dopiero na etapie uzgodnień międzyresortowych. Dlatego ten argument brzmi fałszywie.
Tylko jeden cel mógł przyświecać szefowi CBA: rozhermetyzowania tej sprawy.
Bo ja wierzę w uczciwość premiera. Nieuczciwie zachowują się ci, którzy zarzucają mu przeciek bez żadnych dowodów.
Przecież Tusk zrobił tylko to, czego oczekiwał od niego Kamiński: wykazał niezbędne zainteresowanie przebiegiem legislacji. I zwrócił się o wyjaśnienia do osób, które - wedle Kamińskiego - lobbowały za ustawą. Wystarczyło, że premier zrealizował dyspozycję szefa CBA i zapytał Drzewieckiego o ten projekt, by się zorientował - to przecież inteligentny człowiek - że coś jest nie tak.
Premier zdawał sobie z tego sprawę, bo już w sierpniu, pytał Kamińskiego, czy jego zainteresowanie ustawą o grach hazardowych nie wysypie operacji CBA. Może powinien rozmawiać tylko z ministrem finansów, by zablokował poprawki zmierzające do zniesienia dopłat od gier? - Po co miał minister finansów cokolwiek zatrzymywać? Przecież z ujawnionych dokumentów wynika, że wiceminister finansów Jacek Kapica był skuteczną barykadą. W sierpniu najważniejszą rzeczą było kontynuowanie śledztwa, a nie sprawa projektu ustawy. Bo proces legislacyjny był toku i było jeszcze kilka śluz po drodze, by ewentualną powódź powstrzymać.
Tusk popełnił błąd, że z kimkolwiek o tym rozmawiał? - Nie miał innego ruchu. Na tym polegała pułapka Kamińskiego. Bo jeżeli do premiera zwraca się szef CBA i mówi mu, że sprawa nie nadaje się do prokuratura, ale jest śmiertelne zagrożenie dla legislacji, to niepodjęcie żadnych działań, nie rozmawianie z nikim, to w przypadku ujawnienia afery, to zaniechanie Tuska byłoby koronnym dowodem, że krył winnych.
Dziwię się, że dziś szef CBA czyni zarzut premierowi z faktu, że lojalnie zrealizował jego dyspozycję w sprawie ustawy. Moim zdaniem dyspozycja była bezsensowna, ale premier nie miał innego wyjścia. Premier wiedział, z kim ma do czynienia, wiedział, że jak nie zrobi żadnego kroku, to jakby kopnął stołek pod szubienicą, by pętlę na głowę założył mu szef CBA.
Czyli mistrzowska pułapka? - Nie. Bo tłumaczenia Kamińskiego, że chciał ratować proces legislacyjny są śmieszne! Na takie plewy może się nabrać tylko ktoś, kto nie ma pojęcia o procesie legislacyjnym. Tu nie było żadnego zagrożenia dla interesu ekonomicznego państwa! Bo niby gdzie, podczas uzgodnień międzyresortowych? Przecież one nawet nie były zakończone, potem ustawa trafia na posiedzenie komitetu stałego rady ministrów, potem na posiedzenie rządu a stąd do sejmu i komisji sejmowych.
Kamiński powinien poinformować premiera, że coś złego dzieje się wokół tej ustawy i że są w to zamieszani jego ludzie. - Tak, ale dopiero po zakończeniu śledztwa. Najwyraźniej nie było, skoro Kamiński tak się złości z powodu przecieku.
Ale nawet jeśli Kamiński uznał, że musi premiera o sprawie poinformować nawet gdy działania operacyjne są w toku, to nie powinien od niego żądać, by ratował proces legislacyjny. To nielogiczne.