Mariola, 29 lat: - Dobrze, że panowie przyjechali. Już myślałam, żeby do telewizji dzwonić. Mąż porwał mi maleńkie chore dziecko. Nie wiem, co robić. Nikt nie chce mi pomóc. Ani policja, ani prokuratura.
Wojtka poznałam w ubiegłym roku, przez internet, na portalu naszego kościoła. Jesteśmy oboje zielonoświątkowcami. Od razu, dosłownie po kilku spotkaniach, chciał się ze mną zaręczyć. Byłam jego pierwszą dziewczyną, on moim pierwszym mężczyzną. Byliśmy w sobie strasznie zakochani.
Ja skończyłam
studia w Łodzi, mamy z rodzicami dom pod miastem. Nie przeszkadzało mi, że on mieszkał daleko, aż pod niemiecką granicą, 400 kilometrów od Łodzi. Chciałam się do niego przeprowadzić, nie mogliśmy doczekać się ślubu.
Wzięliśmy go rok temu, w październiku. Wesele było cudowne. I przeniosłam się do Miodnicy. Piękne, poniemieckie gospodarstwo. Czas tam zatrzymał się chyba w 1945 roku. Wojtek mieszka tam z mamą i bratem. Pola, lasy. Cudownie.
Żona ze strony internetowej Wojciech, 26 lat: - Dobrze, że panowie przyjechali. Już myślałem, żeby do telewizji dzwonić. Jesteśmy zielonoświątkowcami, poznaliśmy się na stronie internetowej naszego kościoła.
Mariolka... była moją pierwszą kobietą. Nie wiem, czy panowie wiedzą, ale my, chrześcijanie, nie uprawiamy seksu przed ślubem. Bardzo szybko się w niej zakochałem, bardzo chciałem, by była moją żoną.
Dwa miesiące po ślubie Mariolka była w ciąży. Od razu ustaliliśmy, że zamieszkamy w Miodnicy. Kończyłem szkołę rolniczą, by być rolnikiem pełną gębą i z Unii dotacje dostać. Zbudowałem kominek, zacząłem remontować piętro, byśmy mieli własne gniazdko. Mama i brat spokojnie pomieścili się na dole, bo dom jest duży.
Wojtek i teściowa - Było cudownie, zaszłam w ciążę. I to bliźniaczą. Zaczęło się psuć dopiero po sześciu miesiącach.
Bo, wiedzą panowie, ja kiedyś trochę chorowałam na depresję. Podłamałam się podczas pisania pracy magisterskiej, na piątym roku biologii. Mąż o tym wiedział.
Jak biorę leki, to dobrze funkcjonuję, ale oni nie pozwolili mi ich brać w ciąży. Kto? Nie lekarz, tylko oni, to znaczy Wojtek i teściowa. A przecież brałam małe dawki. Nawet ginekolog powiedział, że dwa, trzy razy w tygodniu mogę brać te leki. Raz nie mogłam zasnąć, więc około północy chciałam te leki wziąć. Teściowa bała się, że coś się stanie z dziećmi. Wyrzuciła mi te lekarstwa.
Niszczyli mnie psychicznie. Mąż raz mi powiedział, że ma dosyć ciągłych awantur. Ale je wywoływała teściowa. Gdy męża nie było, nazywała mnie głupią, niewychowaną, fleją. Przed ślubem jeszcze mówiła, że jak zniszczę jej syna, to mnie znajdzie i zabije.
Dlaczego uciekasz? - W szóstym miesiącu ciąży Mariolka trafiła do szpitala w Żarach. Nie umieliśmy wyleczyć jej przeziębienia. Miała coś na oskrzelach, kaszel. Tam się zaczęły pierwsze problemy.
Powiedziała lekarzom, że nie zażyje antybiotyków, bo się bała, że zaszkodzą dzieciom. Ordynator poradził mi wtedy, żebym udał się z Mariolą do psychiatry albo psychologa. Nie chciała.
Pewnego dnia poszedłem wyprowadzić kozy na pole. Mariolka została z mamą i bratem. Wtedy miała pierwszy atak. Mamę zaczęła oskarżać, że zapłaciła komuś, by zabić jej dzieci. Krzyczała, że nie chce żyć. Byłem w szoku. Ale myślałem, że przy ciąży to normalne. Takie wahania nastrojów.
Po tej awanturze zabrałem ją na
obiad. Zgodziła się na wizytę u psychologa, ale zmieniła zdanie. Powiedziała, że nie potrzebuje wizyty, bo dobrze się czuje. Kilka dni później pogorszyło się.
To było po wycince w lesie. Mariola zobaczyła, że mam podrapaną rękę. Powiedziała, że to znamię z apokalipsy św. Jana i że będzie koniec świata. Wtedy do mnie dotarło, że moja żona jest chora.
Dzwoniła do Łodzi do brata i ojca, żeby ją zabrali. Zaczęła uciekać nam na pole, bałem się, że coś sobie zrobi. Próbowałem ją przekonać, że nic jej nie grozi. W końcu sam ją odwiozłem. Po drodze pytała, kto tym wszystkim steruje, kto chce rozpadu naszego małżeństwa. Pomyślałem, że w takim stanie, to ja sobie z nią nie poradzę.