http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Afront na urodziny Putina

Wacław Radziwinowicz, Moskwa
2009-10-08, ostatnia aktualizacja 2009-10-07 18:35

Uczestniczka wczorajszej demonstracji składa kwiaty pod plakatem z Politkowską
Uczestniczka wczorajszej demonstracji składa kwiaty pod plakatem z Politkowską
Fot. Sergey Ponomarev AP

Część zaproszonych przez Władimira Putina pisarzy nie przyjęła zaproszenia premiera na wczorajsze spotkanie. Jeden z nich zjawił się za to na wiecu w rocznicę śmierci Anny Politkowskiej

SERWISY
- Pan tutaj? A miał pan przecież taki wybór? - zapytałem Dmitrija Bykowa wychodzącego z metra na bulwar Czystoprudny, gdzie dziennikarze z "Nowej Gaziety", w której pracowała zastrzelona trzy lata temu reporterka, zwołali wczorajszy wiec.

- Nie miałem wyboru - odpowiedział znany pisarz i wytłumaczył, dlaczego nie pojechał do Nowo-Ogariowa, gdzie czekał premier: - Zadzwonili do mnie z ministerstwa prasy i zapraszali na 6 października. Więc się zgodziłem. A potem okazało się, że chodzi o siódmego - dzień 57. urodzin Putina. Nawet żartowaliśmy, że podaruję mu czekoladowego Michaiła Chodorkowskiego [były szef spółki naftowej Jukos aresztowany i skazany w czasie prezydentury Putina na wiele lat łagru] i poproszę, by go przy nas zjadł. Ale uważam, że jechać do Putina w dniu jego urodzin po to, by złożyć życzenia i zjeść tort, nie ma sensu. My, pisarze, rzeczywiście mamy o czym porozmawiać z premierem, ale to rozmowa bardzo poważna i na pewno nie z okazji święta. Mam nadzieję, że on jeszcze znajdzie dla nas jakiś inny dzień. Wtedy chętnie z nim pogadam.

Poza nim zaproszenia do Nowo-Ogariowa nie przyjęli też Ludmiła Ulicka i Zachar Prilepin.

Na bulwarze Czystoprudnym zebrało się wczoraj znacznie więcej ludzi, niż sobie tego życzyły władze Moskwy, które wydały zezwolenie na demonstrację jedynie 350-osobową. Były dzieci Politkowskiej, która słynęła z odważnych tekstów krytykujących Putina i ujawniających zbrodnie w czasie konfliktu w Czeczenii. Było wielu dziennikarzy, nie tylko z "Nowej Gaziety". Było wielu obrońców praw człowieka, byli prawnicy występujący w toczących się w Moskwie procesach politycznych.

Zapytałem Annę Stawicką, adwokata rodziny Politkowskiej, co sądzi o ogłoszeniu właśnie przez moskiewskie gazety nazwisk nowych podejrzanych o udział w morderstwie sprzed trzech lat.

- W każdą rocznicę jej śmierci słyszymy o postępach śledztwa, nowych podejrzanych. Dziś znowu dowiadujemy się o kolejnych. Ale trudno mi powiedzieć, czy to znowu imitacja sukcesu prowadzących postępowanie, czy wreszcie konkrety. Poczekajmy - stwierdziła Stawicka.

Media twierdzą, że chodzi o oficera głównego urzędu spraw wewnętrznych w Moskwie Olega Szoszina, jednego z biznesmenów oraz czterech mężczyzn pochodzących z Azerbejdżanu i Dagestanu. Mieli oni tworzyć bandę, która dokonała wielu ciężkich zbrodni w Moskwie i okolicach. W czerwcu zostali aresztowani.

Agencja Rosbałt napisała, że Szoszin sam opowiedział śledczym o swoim związku z zabójstwem Politkowskiej - przed morderstwem na prośbę swego byłego szefa Dmitrija Pawliuczenkowa przez dwa tygodnie śledził dziennikarkę. Pawliuczenkow był dotąd głównym świadkiem oskarżenia w tej sprawie. Prokuratura do dziś nie złapała osoby, która miała zabić Politkowską (ponoć ukrywa się w krajach UE) ani nie ustaliła zleceniodawców i motywu zbrodni. Niedawno sąd uniewinnił trójkę mężczyzn oskarżanych o pomoc w morderstwie. Wkrótce ma rozpocząć się nowy proces w tej sprawie.

Występujący na wiecu przypominali, że Politkowska to tylko jedna z setek śmiertelnych ofiar rozpraw z opozycjonistami w dzisiejszej Rosji. Demonstranci skandowali: "Precz z władzą czekistów!" i "Rosja bez Putina!".

Entuzjazm wzbudziło pojawienie się na platformie ciężarówki służącej jako trybuna dziennikarza Aleksandra Podrabinka. Dawny dysydent i więzień łagrów radzieckich dziś ukrywa się przed bojówkami proputinowskiej młodzieżówki Nasi, które grożą mu rozprawą. Ścigają go za opublikowany w internecie tekst z krytyką decyzji władz Moskwy, które kazały zlikwidować szyld restauracji Antysowieckaja Szaszłycznaja (Szaszłykarnia Antyradziecka), rzekomo urażający uczucia weteranów.

- Kiedyś wolność słowa polegała u nas na tym, że sadzali do łagru za anegdotę opowiedzianą przyjacielowi. Potem dawali dziesięć lat za kolportowanie zakazanego tekstu. Potem pozwolili nam zakładać wolne media. A teraz wolność słowa polega na tym, że tych, którzy chcą być wolni, zabijają. W imię pamięci Anny Politkowskiej powinniśmy robić, co w naszej mocy, by nie oddać kraju na rozszarpanie tej sforze - mówił Podrabinek.

"Gazecie" przyznał, że kiedy Nasi zaczęli go ścigać, bał się o swoje życie. - Teraz jest lepiej, bo moja sprawa stała się głośna, a to krępuje swobodę ruchów moich prześladowców - wyjaśnił Podrabinek. Zdążył jeszcze podziękować za głosy poparcia, które docierają do niego i z Polski. A potem na sygnał towarzyszącego mu kolegi puścił się biegiem do czekającego na niego samochodu.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 18 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    21 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':