Mariusz Kamiński zamienił swoją obronę przed zarzutami prokuratury w szarżę na szefa rządu. Postawił się ponad premierem, któremu podlega. Zarzucił premierowi kłamstwo, twierdząc, że już 14 sierpnia mówił mu o nielegalnym lobbingu polityków PO - mimo że premier informował, iż wówczas Kamiński nie alarmował go o przestępstwie.
Zarzucił premierowi złamanie prawa - uprzedzenie polityków podejrzanych o nielegalny lobbing, że tropi ich CBA.
Zarzucił premierowi zignorowanie zaleceń, które mu "podyktował" w sprawie hazardowego lobbingu. Oskarżył go o bezczynność - jakby był jego zwierzchnikiem. Sam zaś zignorował polecenie szefa rządu, by CBA przedstawiło analizę, kto tu ewentualnie popełnił przestępstwo.
Zamiast tego - omijając premiera - wywołał rodzaj stanu wyjątkowego, powiadamiając prezydenta i marszałków parlamentu o zagrożeniu państwa. A przecież ustawa hazardowa nie została zgodnie z owym lobbingiem zmieniona w resorcie finansów, nie przyjął jej rząd, nie została posłana do Sejmu.
Równocześnie - znamienne - materiały operacyjne CBA publikuje prasa. To polisa Kamińskiego: gdy ruszy lawina, jest kryty przed zarzutem autorstwa przecieku.
Jeśli to nie jest pułapka zastawiona przez szefa tajnej służby na premiera, to co nią jest?
Kamiński dowiódł, że jest
PiS-owską bombą zegarową podłożoną rządowi. Premier Tusk pozwolił, co najmniej lekkomyślnie, by tykała dwa lata. Właśnie wybuchła.
Szef tajnej służby, który konstruuje intrygę polityczną przeciwko szefowi rządu, nie może zostać na stanowisku ani chwili dłużej. Inaczej państwo przestaje działać.