Po wybuchu metanu w kopalni Wujek-Śląsk zginęło 20 górników, a prawie 30 jest w szpitalach. Wyjaśnienie przyczyn tragedii z 18 września jest trudne. Mimo że eksperci z komisji powołanej przez Wyższy Urząd Górniczy w Katowicach spotkali się wczoraj na drugim posiedzeniu, nie ma przełomu w śledztwie. Po analizie dokumentacji z wizji lokalnej wiadomo, że eksplozji metanu nie spowodowały podziemny pożar, wstrząs ani iskra powstała po zetknięciu metalowych obudów ze skałami.
Być może wybuch spowodowało któreś z urządzeń pracujących wtedy na dole w chodniku 1050. Odpowiedź na to pytanie poznamy, gdy w kopalni doświadczalnej Barbara w Mikołowie zbadane zostaną 53 kawałki maszyn wydobyte z chodnika. - Na ekspertyzy możemy czekać dwa miesiące - mówi Wojciech Magiera, szef komisji i wiceprezes WUG-u.
Wiadomo za to na pewno, że na dole pracowało zbyt wielu górników. Kopalnia nie likwidowała też na bieżąco tzw. chodników przyścianowych, czyli specjalnych korytarzy ułatwiających poruszanie się pod ziemią. Chodniki w miarę posuwania się prac powinno się zasypywać, aby nie zaburzać wentylacji i nie tworzyć potencjalnych "pułapek metanowych", w których gromadzi się gaz. Ale ekspertom nie udało się na razie dowieść, że nieprawidłowa długość chodników spowodowała tragedię.
Przełomu nie przyniosły też przesłuchania świadków, które WUG prowadzi niezależnie od prokuratury. Do tej pory przesłuchano 24 osoby - członków dozoru i zwykłych górników. Wszyscy twierdzili, że nie majstrowano przy czujnikach z metanem. Znajdowały się na właściwym miejscu i nikt nie próbował ich przewieszać.
Komisja chce teraz stworzyć dokładny plan rozmieszczenia górników na dole. To będzie trudne, w rekonstrukcji trzeba się oprzeć na zeznaniach świadków, w tym ratowników. - Górnicy, którzy byli w ścianie, prawie wszyscy zginęli, a rannych nie można jeszcze przesłuchiwać - mówi Magiera.
Następne posiedzenie komisji w listopadzie. Mniej więcej tyle czasu potrzeba, aby eksperci z kopalni Barbara uporali się z ekspertyzami maszyn, pyłu węglowego i próbek pobranych podczas wizji lokalnej.
Źródło: Gazeta Wyborcza