http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Tropiąca ręka PiS

Jacek Fedorowicz
2009-10-07, ostatnia aktualizacja 2009-10-06 18:40

Jacek Fedorowicz
Jacek Fedorowicz
Opublikowana w "Gazecie" w zeszłym tygodniu opowieść o tym, jak CBA nie zawahało się nabyć elegancką willę w miejscowości uzdrowiskowej tylko po to, by nakryć parę prezydencką w stanie spoczynku na domniemanych matactwach finansowych, wzbudziła mój niekłamany podziw.

Ileż zaangażowania, ileż prawdziwej, żarliwej wiary w słuszność swej misji trzeba, by wydać takie pieniądze, by poświęcić wiele godzin, dni, a może miesięcy na opracowanie misternego planu, a potem na jego realizację, odbyć dziesiątki podróży, zaprzyjaźnić się z całym tłumem różnych osób, rozkochać w sobie całe rzesze różnych pań, a może i panów, by potem przeżyć gorycz porażki, gdy zwierzyna w ostatniej chwili wymyka się z pułapki.

Wczułem się w agenta, który już-już miał osiągnąć upragniony cel, gdy nagle wszystko się zawaliło, sprzedawca willi nie dał sobie wmusić prezentu w postaci teczki z nadajnikiem, dzięki któremu tropiąca ręka Rzeczypospolitej przyłapałaby niecnych mataczy na gorącym uczynku. Na to w każdym razie liczyła ta Ręka, moim zdaniem pochopnie, co nie umniejsza subiektywnie odczuwanego tragizmu położenia Ręki. Wyobraziłem sobie biednego agenta, jak błaga, przysięga, że to z prawdziwej skóry krokodyla ta teczka, że drugiej takiej nikt w Europie nie ma, że na miarę szyta, wszystko na nic.

Nie wiem, dlaczego przypomniała mi się opowieść o przygodzie Haliny Mikołajskiej, której w czasach KOR-u pewien esbek próbował wmusić złotą bransoletkę. "Zgubiła pani" - powiedział na korytarzu w pociągu i podał rzekomą zgubę. "Nie, to nie moje" - powiedziała Mikołajska. Esbek zaniemówił ze zdumienia, a potem wykrztusił z błagalnym wyrazem twarzy: "Ale to złoto prawdziwe złoto ". Mikołajska pozostała obojętna na powaby bransoletki, a esbekowi pewnie zawalił się światopogląd. Zastawianie sprytnych pułapek w oparciu o niezachwianą pewność, że każdy człowiek jest bezgranicznie pazerny i da się skusić w każdej sytuacji, prowadzić może do przykrych rozczarowań.

Wracając do willi, to oczywiście nie mam zamiaru oskarżać CBA o marnotrawienie sił i środków. Willę można przeznaczyć na cele społeczne, zakładając sanatorium dla przepracowanych agentów. Poza tym ewentualne przyłapanie polityka z obozu, którego się nie lubi, jest wartością nieprzeliczalną na pieniądze. W tej sytuacji można wybaczyć i astronomiczne wydatki, i fuszerkę przy podrabianiu dokumentów i podpisów (Mrągowo), można wybaczyć nawet wątpliwe moralnie zadzierzgiwanie więzów uczuciowych męsko-damskich i namawianie do przestępstw. To wszystko nic w porównaniu z zyskiem, jaki dałoby ukazanie narodowi w pełnym świetle całego zła tkwiącego w obozach prowadzących Polskę do zguby.

Agent zapłacił za dom, ale były właściciel domu długo się pieniędzmi nie cieszył. CBA mu je odebrało. Czyli zrabowało, bo umowę zawarto u notariusza, ten zaś nie chce jej anulować, więc pieniądze już nie należą do Biura. Od kogo będzie się ich domagać sądownie? Od agenta? Czy od Biura? Ciekawe, kto odpowiada za długofalowe skutki działalności agentów. Jeżeli w ferworze ofiarnie przeprowadzanej akcji jakiś agent zostanie ojcem, to kto będzie wychowywał dzieci? Szef CBA? Czy może jakaś wyspecjalizowana komórka? Obserwacja dotychczasowych akcji Biura nasuwa przypuszczenie, że to już ostatnia chwila, żeby dopracować odpowiednie przepisy.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 16 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    46 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':