Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Dostałeś się na bezpłatne (z pozoru, o czym niżej)
studia na publicznej uczelni. Jeżeli spotkałeś na wykładzie inauguracyjnym 1160 nowych kolegów, to znaczy, że jesteś studentem prawa na Uniwersytecie Warszawskim. 400 na twoim roku będzie studiowało za darmo (teoretycznie). Reszta słono zapłaci za naukę.
- Gigantyczna aula wypełniona ludźmi. Jak na dworcu. Wykładowca nadawał informacje przez mikrofon, jak z megafonu - Kamila, studentka prawa, wspomina początki na uczelni.
Jeśli cię to pocieszy, na Uniwersytecie Jagiellońskim będzie was 1100, a w Poznaniu, na Uniwersytecie Adama Mickiewicza, 1030.
Z czasem na wykładach będzie coraz luźniej, bo się wykruszycie. Po pierwszym roku ubywa około 200 niestacjonarnych studentów prawa na Uniwersytecie Warszawskim.
- Muszą nas wylewać, szczególnie niestacjonarnych - mówi Kamila, wieczorowa studentka prawa na UW (płaci za semestr nauki 7 tys. zł). - Oficjalnie o tym się nie mówi, ale każdy to wie. Mówi się, że taka liczba prawników i tak się nie wyżywi i że przetrwają tylko najlepsi.
I znów cię pocieszymy, że podobnie jest na innych publicznych uczelniach w Polsce.
Tomek, absolwent warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego, twierdzi, że miał być mięsem armatnim dla swojej uczelni.
- Nie dostałem się na rehabilitację na AWF, zabrakło mi punktów - wspomina. - Ale we wrześniu zadzwonił do mnie sam prodziekan i spytał, czy chciałbym jednak studiować u nich. W trybie niestacjonarnym, 3 tys. zł za semestr.
Studenci rehabilitacji muszą odbywać praktyki. Dla 120 osób na roku Tomka uczelnia przewidziała tylko 70 miejsc. Już na pierwszych zajęciach dowiedzieli się, że w związku z tym na drugi rok nie przejdzie 50 osób. Choć nie mówiono o tym głośno, wszyscy zdawali sobie sprawę, że na pierwszy ogień pójdą studenci, do których dzwonił dziekan.
- To był telefon śmierci. Mięso armatnie miało przynieść 6 tys. zł rocznie od osoby i odejść - mówi Tomek.
- Oblewali za wszystko. Ktoś mógłby mieć same piątki, ale nie umiał pływać, bo całe życie trenował lekkoatletykę. Odpadał.
Po pierwszym roku odpadło 50 osób. Przez następne dwa lata już tylko 10.
Ale dziekan na jednym z dużych uniwersytetów mówi, że plotki o celowym wyrzucaniu studentów to bzdury. Po co mieliby to robić, skoro za każdym studiującym idą pieniądze? I opowiada, że interweniował kiedyś u pewnej wykładowczyni, która oblała z egzaminu poprawkowego 70 proc. roku studentów zaocznych, którzy płacą za naukę.
- Pomyślałem, że skoro tak dużo ludzi nie zdało, to wina może leżeć też po stronie profesor, bo poniosła klęskę dydaktyczną - mówi dziekan. - Ale w środku kołatała mi też myśl: Matko Boska, tyle pieniędzy z nimi odejdzie!
Były wykładowca dziennikarstwa UW mówi, że wśród studentów zaocznych są też ludzie, którzy sami proszą się o wyrzucenie.
- Muszą ukończyć studia, żeby awansować w pracy - opowiada. - Dziennikarstwo połączone z public relations wygląda dobrze w CV. A wszystko sprowadza się do tego, że kompletnie nic ich nie interesuje, piszą mierne prace i żądają za nie dobrych ocen, bo przecież płacą.
Chcesz studiować, płać Płacisz, nie płacisz - i tak przez pierwszy miesiąc studiów dostaniesz kręcioła.
Bo tak, niby jesteś studentem stacjonarnym, ale wszyscy mówią na ciebie jak dawniej: "dzienny".