W okresie heroicznym polskiej fantastyki młodych pisarzy opanowała dziwna mania pisania o Anglii i Stanach, zrozumiała tylko w kontekście wylewu autorów zachodnich, wcześniej niedostępnych. Działy się rzeczy zupełnie cudowne - facet, który w całym życiu najdalej zawędrował do Pułtuska, sadził nowojorską prozę inspirowaną włoskimi filmami grozy, tam każdy nazywał się John i był twardy jak wieczna zmarzlina; dekady nie starczyło, żeby ten szajs odkręcić. Polak ma tę dziwną ułomność, że z Ameryką mu nie po drodze, chyba że ma pracować na budowie, ewentualnie nazywa się Głowacki albo Joe Alex. Wyposażony w tę wiedzę, sięgnąłem po debiutancki zbiorek Pawła Palińskiego i gdzieś po pół godzinie zbierałem szczękę z podłogi.
Ludzie, z którymi wcześniej gadałem o Palińskim, którzy przewalczyli jego kawałki znane z antologii, wyrażali zaskakująco podobne, brzydkie podejrzenie: gość wyszukał nieznanego, rasowego pisarza ze Stanów, przetłumaczył i puścił pod własnym nazwiskiem. Ta myśl, choć fałszywa, dobrze oddaje charakter prozy Palińskiego: facet wlazł na teren, gdzie niemal wszyscy Polacy polegli, jest bardziej Kingowski od samego Kinga, wznosząc amerykańską prowincję na rusztowaniu paru zdań, za to taką, że widzimy te domki, samochody, ludzi, potwory skryte w ich cieniu. Sama warstwa literacka książki budzi zdumienie, przezroczysty język, kolokwializmy obowiązujące w polskiej fantastyce ustąpiły mięsistym, barwnym akapitom i jeśli nawet Paliński próbuje momentami zastrzelić czytelnika swoim stylem, czyni to z energią dziecka, które dorwało się do nowych klocków: mamo, mamo, zobacz, jak ładnie poskładałem!
Z Ameryką przyszła zgoda na konwencję grozy, przywołanie jej dorobku poprzez wyliczenie najprostszych motywów: wilkołak, duch, wampir, psychopata. Wyobraźnia i język sprawiają, że wyliniałe bestie zaczynają świecić nowym blaskiem, rośnie im też trzeci rząd zębów. Jeśli wilkołak, to nie jeden, lecz dwoje, kłótnia w tym niecodziennym związku. Jak wampir, to i łowca, ten zamiast śmierci przynosi nadzieję - stara, znużona trwaniem istota odnajduje sens życia (wiecznego) tylko w perspektywie kołka przechodzącego przez serce, zaś diabeł, z którym gramy w karty o duszę, ma postać małej dziewczynki. Nawet historia o duchu, zbudowana na puencie znanej z "Szóstego zmysłu", zaskakuje zastąpieniem mroków, tajemnic ciepłą historią letniego romansu między żywym i umarłym. Nic nie jest po amerykańsku oczywiste, nawet oddanie aktów przemocy (w końcu to horrory) odarto z umowności, boli, że ała - jucha - bluzga z kartek wprost na kolana czytelnika. W zalewie farbowanych bestii narodziły się nowe monstra odpowiadające na potrzebę globalizacji, amerykańskie z ducha, a jednak wywołane nad Wisłą.
Paliński (a może Palinsky?) także wygląda na potwora, a jeśli będzie pisał dalej, niechybnie w takiego się przeobrazi. W zastępstwie jurnych studentów lub licealnej młodzieży wychowanej na "Koszmarze z ulicy Wiązów" nowe monstrum zgotuje straszliwy los ludziom pióra, łącznie z niżej podpisanym: rozpruje nam gardła, łby poodrąbuje, a nasze flaki rozwłóczy po domu kultury, dokonując pierwszej w historii prozy polskiej masakry pisarzy za pomocą prozy łańcuchowej.
"4 pory mroku" to według mnie najlepszy debiut literacki od lat, nie tylko w ramach gatunkowej norki. Dojrzały, psychologicznie świetny, literacko zarumieniony, oryginalny, niestety - ciąg dalszy zapewne nastąpi, Paliński machnie powieść, pokazując wszystkim, jak pisze się prozę popularną. Dlatego też, mając na sercu dobro nas, autorów, proponuję zbiorową wyprawę literatów w celu uśmiercenia źródła zagrożenia, zgotujmy Palińskiemu los równie straszny co on swoim bohaterom, zakopmy w poświęconej ziemi i przebijmy serce. Inaczej wstanie jako piszący zombie i nic nie powstrzyma go w marszu na parnas.
Źródło: Duży Format