Rozmowa z
Mariną Zenovich Zbigniew Basara: Pani zeszłoroczny film dokumentalny ujawnił nadużycia, jakich wobec Polańskiego dopuścił się 32 lata temu nieżyjący już sędzia Laurence J. Rittenband i prokuratura w Los Angeles. To skłoniło adwokatów Polańskiego do złożenia wniosku o zamknięcie sprawy. Zdaniem wielu wytykanie błędów z przeszłości rozwścieczyło prokuratorów i doprowadziło do aresztowania Polańskiego. Czy spodziewała się pani, że film będzie miał takie konsekwencje? Marina Zenovich: Absolutnie nie. Wiedziałam, że Polański będzie odbierał nagrodę w Zurychu, ale do głowy mi nie przyszło, że może zostać aresztowany. Jestem zszokowana, bo sprawa wniosku adwokatów Polańskiego nie została zamknięta. Sędzia Peter Espinoza go wprawdzie odrzucił, ale adwokaci w lipcu złożyli odwołanie, a sąd apelacyjny jeszcze się nie wypowiedział.
Jeden z bohaterów pani dokumentu, emerytowany prokurator David Wells odwołał kilka dni temu swoje wyznania. W filmie powiedział, że to za jego radą sędzia Rittenband zdecydował się skazać Polańskiego za gwałt, zrywając ugodę reżysera z prokuraturą. A teraz mówi: "Kłamałem, by to wszystko lepiej wyglądało, nie spodziewałem się, że film będzie pokazany w USA". Czyli spisku prokuratora z sędzią nie było? To podważa główną linię obrony Polańskiego. - Może jestem naiwna, ale zakładam, że ludzie mówią mi prawdę. Wywiad z Wellsem kręciliśmy przez godzinę w budynku sądu w Malibu, był wobec mnie niezwykle otwarty i - jak wszystkie osoby występujące w filmie - podpisał zgodę na użycie tego materiału, wiedząc, że będzie rozpowszechniany na całym świecie. Dzień, w którym "świadek koronny" zmienia zeznania, to smutny dzień dla dokumentalisty.
Moment, jaki Wells wybrał na odwołanie swych słów, jest zaskakujący, bo film miał telewizyjną premierę już w czerwcu 2008 r., był pokazywany w amerykańskich kinach i jest dostępny na DVD.
Nawet jeśli założymy, że Wells kłamał, to nikt nie podważył wypowiedzi oskarżyciela Polańskiego Rogera Gunsona czy jego ówczesnego adwokata Douglasa Daltona o tym, jak żądny sławy Rittenband ich pouczał. Sędzia radził się dziennikarzy, co ma zrobić z Polańskim, i przy świadkach w
ekskluzywnym klubie powiedział, że "da popalić temu polskiemu sukinsynowi".
Nakręci pani drugą część "Poszukiwanego i pożądanego"? - Zdjęcia zaczęłam w lutym. Teraz pracujemy 24 godziny na dobę. Z Zurychu jedziemy do Paryża, potem najprawdopodobniej do Polski.
Widziała się pani w Zurychu z Polańskim? - Nie, ale rozmawiałam z przedstawicielami szwajcarskiego wymiaru sprawiedliwości i z wieloma mieszkańcami tego kraju.
W pierwszych dniach po aresztowaniu w publicznych reakcjach dominowało współczucie dla Polańskiego, teraz przeważają głosy potępienia i apele, aby odpowiedział za swój czyn przed sądem. - Chciałam wyjaśnić, jak doszło do ucieczki Polańskiego przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości. Był to dla mnie ciekawszy temat niż prawda o tamtym wieczorze w domu Jacka Nicholsona. Nie sądzę, aby ktokolwiek poza Samanthą Geimer i Polańskim mógł wyrokować, co wtedy zaszło.
To ciekawe, że tak skorzy do potępiania są ludzie, którzy nie znają podstawowych faktów. Gdy ktoś widzi w sprawie nadużycie wymiaru sprawiedliwości
USA, jest posądzany o to, że sympatyzuje z Polańskim i jest obojętny na seksualne wykorzystanie 13-letniej dziewczynki. Tymczasem ja natknęłam się na ciekawy temat i poszłam po nitce do kłębka. W najśmielszych snach nie przypuszczałam, że mój temat podzieli opinię publiczną na świecie.
Czy ekstradycja przyczyniłaby się do wyjaśnienia sprawy? - Poprzednia sprawa Polańskiego była jak jeden z jego dreszczowców, tyle że w roli reżysera występował sędzia Rittenband. Teraz za sznurki pociągają jeszcze potężniejsze siły. Chciałabym wierzyć, że Polański zostanie sprawiedliwie potraktowany przez wymiar sprawiedliwości USA, ale mam wątpliwości. Nikt też nie zważa na słowa Geimer, że wybaczyła Polańskiemu i nie chce, by poszedł do więzienia. Samantha chciałaby to zamknąć, a musi czytać w prasie swoje zeznania sprzed 32 lat.
Od jutra w szwajcarskich kinach będzie wyświetlany dokument "Poszukiwany i pożądany".