W ten sposób przywódca konserwatystów David Cameron chce obejść wołania partyjnych dołów domagających się referendum w sprawie traktatu lizbońskiego. Ale na rozpoczętej wczoraj w Manchesterze dorocznej konferencji torysów Cameron, który ma wielkie szanse na objęcie władzy po przyszłorocznych wyborach, zapewne nie ogłosi, że z rozpisania referendum rezygnuje.
Z referendum, które zatrzymałoby traktat reformujący Unię, ciężko się Cameronowi wycofać, bo to okręt flagowy jego partii, jeśli chodzi o politykę europejską. Tym bardziej że w przededniu konferencji w Manchesterze w partii zawrzało - brytyjskie dzienniki pisały o rozłamie i wskazały na burmistrza Londynu Borisa Johnsona jako na przywódcę referendalnej rebelii.
W niedzielę Johnson mówił, że Brytyjczycy zasługują na referendum, ale wczoraj już zaprzeczał, że ta kwestia dzieli partię. Zasugerował też, że zamiast referendum powinny odbyć się konsultacje z obywatelami w sprawie tego, jaką prowadzić politykę wobec Unii.
Sam Cameron mówi zaś, że najbardziej odpowiada mu podejście do Unii b. premier Margaret Thatcher, która prowadziła politykę "wydzierania" władzy i pieniędzy Brukseli.
Źródła w Partii Konserwatywnej sygnalizowały mediom, że po dojściu do władzy torysi będą próbowali odzyskać część uprawnień Unii w sprawach wewnętrznych i polityce zatrudnienia. Ale zdaniem ekspertów to tylko propaganda wyborcza, bo na wyłączenie Londynu z jakichś ważnych unijnych dyrektyw potrzebna byłaby zgoda wszystkich krajów Unii, a to trudno sobie wyobrazić.
Awaryjny plan jest więc gotowy, ale Cameron będzie zwlekał z jego ogłoszeniem.
Wiele miesięcy temu, chcąc się przypodobać eurosceptycznym rodakom, obiecał wycofanie brytyjskiej ratyfikacji Lizbony i rozpisanie referendum w sprawie traktatu. Ale miałoby się ono odbyć tylko wtedy, gdyby w chwili przejęcia władzy przez torysów, czyli najpóźniej w połowie 2010 r., ratyfikacja traktatu nie była jeszcze zakończona. Na taki scenariusz się nie zanosi, skoro nawet zapiekły przeciwnik traktatu, czeski prezydent Vaclav Klaus, który zwleka z podpisem, powiedział, że torysi nie zdążą już zatrzymać Lizbony.
- Nie chcę powiedzieć ani zrobić czegoś, co mogłoby wpłynąć na to, co dzieje się w krajach, gdzie traktat nie został jeszcze ratyfikowany - mówił BBC Cameron (chodziło mu oczywiście o prezydentów Polski i Czech).
Te słowa to odpowiedź na to, że 80 proc. torysów chce ogłoszenia referendum już teraz, bez względu na okoliczności.
Cameron był wczoraj niezadowolony, że sprawa referendum trochę przyćmiła mu ogłoszenie planu "Get Britain working" czyli "Brytanio, do pracy!". - Mamy dwa kryzysy: finansowy i bardzo poważne załamanie na rynku pracy - mówił Cameron. - Jest 2,5 mln bezrobotnych, jeden na pięciu po skończeniu edukacji nie może znaleźć pracy, 5 mln ludzi jest na różnego rodzaju zasiłkach.
Dlatego odpowiedzią konserwatystów na politykę Partii Pracy, która rozbudowała państwo opiekuńcze, ma być zgoda na działalność prywatnych pośredniaków i cięcia w zasiłkach dla tzw. niezdolnych do pracy, które bierze aż 2,6 mln ludzi. Torysi uważają, że to co najmniej o pół miliona za dużo, i zapowiadają sprawdzenie każdego z przypadku. Ci, których prawo do zasiłku dla "niezdolnych do pracy" zostanie zakwestionowane przez ekspertów, zamiast dotychczasowych 89,90 funta dostawać będą 64,30 funta zasiłku dla szukających pracy.
W ten sposób zaoszczędzi się 600 mln funtów, które torysi chcą wykorzystać na rozruszanie gospodarki i tworzenie nowych miejsc pracy. W rezultacie do pracy ma wrócić 750 tys. ludzi.
Jak pisze przychylny torysom "Daily Telegraph", po raz pierwszy ujawnili oni plan tak poważnych cięć w zasiłkach.
Źródło: Gazeta Wyborcza