http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Premier nie powinien odwoływać Kamińskiego

Ewa Siedlecka
2009-10-05, ostatnia aktualizacja 2009-10-05 13:58

Jeśli premier odwoła szefa CBA Mariusza Kamińskiego będzie to nie tylko polityczny błąd, ale i naruszenie gwarancji niezależności - tej samej, która chroni szefa NIK, sędziów Trybunału Konstytucyjnego, rzecznika praw obywatelskich czy prokuratora generalnego. To przyniesie większą szkodę państwu, niż polityczne gry Mariusza Kamińskiego.


Fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta
SERWISY
Szef CBA powoływany jest na czteroletnią kadencję. Kadencyjność to jedna z najsilniejszych gwarancji niezależności. Kadencję można przerwać, ale tylko w absolutnie wyjątkowych okolicznościach. Na pewno nie jest to sytuacja, w której chroniony nią funkcjonariusz podejmuje niewygodne dla rządu działania. Przeciwnie: to właśnie przed takim zagrożeniem kadencyjność ma funkcjonariusza chronić.

Powodem do odwołania Mariusza Kamińskiego są działania CBA w sprawie afery hazardowej. Pretekstem - postawienie zarzutów prokuratorskich w sprawie prowokacji przeciw Andrzejowi Lepperowi w tzw. aferze gruntowej.

Rzeczywiście. Prowokacja w aferze gruntowej od początku pachniała politycznie. Podobnie, jak sprawa posłanki PO Beaty Sawickiej. Tyle, że ustawa o CBA do odwołania jej szefa wymaga nie prokuratorskich zarzutów, ale skazującego, prawomocnego wyroku sądowego. To standardowa gwarancja niezależności.

Szczególnie w kraju, gdzie polityczne wykorzystywanie prokuratury jest powszechnie kultywowanym zwyczajem. W kraju, gdzie za kadencji tego rządu prokurator generalny w super nadzwyczajnym trybie decyduje o wysłaniu do Sejmu wątpliwego prawnie wniosku o odebranie b. prokuratorowi generalnemu Zbigniewowi Ziobrze immunitetu, by pociągnąć go do wielce wątpliwej odpowiedzialności karnej za pokazanie akt sprawy mafii paliwowej szefowi partii rządzącej.

W kraju, gdzie kolejny prokurator generalny w tym rządzie wypowiada się publiczne o braku dowodów winy polityków swojej partii w aferze hazardowej, zanim jeszcze prokuratura podejmie postępowanie. A o szefie CBA mówi jak o przestępcy: "Mariusz K.".

Premier ma inną furtkę do odwołania Kamińskiego. Ustawa mówi, że może to zrobić, "po zasięgnięciu opinii" prezydenta, Kolegium ds. służb specjalnych i sejmowej komisji służb specjalnych, jeśli uzna, że "uczestniczył w działalności" lub "na rzecz" partii politycznej, ewentualnie, że nie wykazał się "nieskazitelną postawą moralną, obywatelską i patriotyczną".

Ustawa milczy, jak mocne muszą być na to dowody. Tak więc tych przepisów można użyć jak wytrychu, by pozbywać się niewygodnych funkcjonariuszy.

Tylko, czy na tym polega dobro państwa?

Raz już premier Tusk rozważał odwołanie Kamińskiego na tej podstawie. "Podkładką" miał być tzw. raport Pitery. Wtedy zrezygnował, zapewne słusznie oceniając, że nie wypada łamać zasady kadencyjności w oparciu o raport pisany przez członka rządu, polityka własnej partii.

Czekaliśmy więc na ustalenia sejmowej komisji ds. nacisków. To ona, w świetle telewizyjnych kamer miała pokazać mechanizm używania służb specjalnych - w tym CBA - do umacniania państwa PiS. Tylko, że dzięki solidarnej postawie prokuratorów zasłaniających się tajemnicą służbową i pacyfikowaniu obrad komisji przez posłów PiS, do żadnego ujawnienia mechanizmów nie doszło i zapewne nie dojdzie. Nie będzie więc raportu konstytucyjnego organu, który poświadczałby złamanie przez Kamińskiego zasady apolityczności i bezstronności.

W tej sytuacji premier może co najwyżej powołać się na własną ocenę tego, co jest bezstronnością i nieskazitelną postawą. Ale gdy ma ewidentny polityczny interes w pozbyciu się Kamińskiego, to tak uzasadniona decyzja go skompromituje.

I nie będzie usprawiedliwieniem dobro państwa, skoro do niedawna działalność CBA była pozytywnie oceniania nie tylko przez premiera, ale i sejmową komisję ds. specłużb. Tym bardziej, że powód pozbycia się Kamińskiego (afera hazardowa), to nie wynik misternej prowokacji - jak w sprawie Leppera czy Sawickiej - ale całkowicie realne, kompromitujące działania czołowych polityków PO.

Kamiński jedynie je udokumentował i - niewykluczone - doprowadził do ich nagłośnienia. I trudno dowodzić, że to nagłośnienie szkodzi interesom państwa. Raczej przeciwnie: ujawnianie patologii władzy - niezależnie od tego, czy chodzi o przestępstwo, czy "tylko" o psucie państwa - jest dla państwa ozdrowieńcze. Choć szkodliwe dla władzy.

W trosce o państwo premier powinien zagryźć zęby i poczekać do końca kadencji Kamińskiego. Jeśli jednak naruszy zasadę kadencyjności - to po kolejnych wyborach parlamentarnych kolejny rząd pozbędzie się np. nowego prokuratora generalnego, którego gwarancje niezależności maja być podobne. I tak "niezależność" trzeba będzie wziąć w cudzysłów.

Mariusz Kamiński był i mentalnie pozostał politykiem PiS, a więc od początku nie miał kwalifikacji na stanowisko szefa CBA. Tyle, że lekarstwem na tę sytuację nie powinno być łamanie zasady kadencyjności, lecz nie rozdawanie politykom apolitycznych posad.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 146 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    39 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':