Kluczowa była odpowiedź na pytanie, dlaczego
Mirosław Drzewiecki kilka razy zmieniał stanowisko w sprawie dodatkowych dopłat na rozwój sportu, które mieli płacić właściciele kasyn i salonów gier - najpierw chciał dopłat, później wnioskował o ich wycofanie, a na końcu - o przywrócenie.
Trudno uwierzyć w tłumaczenia, że nie zamierzał się z dopłat wycofać, tylko poinformować ministra finansów, że nie może skorzystać z pieniędzy, bo resort nie będzie realizował drugiego etapu Narodowego Centrum Sportu (hala, pływalnia i budynek administracyjny przy Stadionie Narodowym). A na ten cel miały iść pieniądze. W projekcie wyraźnie jest napisane, że pieniądze z opłat miały zasilić Fundusz Rozwoju Kultury Fizycznej. NCS jest tylko jedną z możliwych inwestycji. Wystarczyło więc wykreślić tę pozycję z uzasadnienia projektu.
Kompromituje Drzewieckiego zwalanie winy na urzędników, a w końcu - przyznanie, że nie wiedział, co podpisuje. Skoro rzeczywiście urzędnicy działali bez jego wiedzy, dlaczego do dziś nie skierował doniesienia do prokuratury, choć już w sierpniu sugerowała mu to
ABW? Na to pytanie minister nie odpowiedział (obiecał "Gazecie" wywiad, ale po konferencji się wycofał).
Trudno uwierzyć w tłumaczenie, że wystąpił we wrześniu o przywrócenie dopłat - gdy CBA poinformowało już premiera o dziwnych ruchach wokół ustawy - bo dowiedział się z resortu finansów o "bryndzy budżetowej". O tym, że w budżecie brakuje pieniędzy, wiadomo było już na początku roku, gdy premier zarządził wielkie cięcia w resortach.
Między bajki można włożyć zapewnienia, że minister sportu - spotykając się ze swoim kolegą Ryszardem Sobiesiakiem, potentatem w branży hazardowej - rozmawiał z nim wyłącznie "o kijach golfowych". Skoro biznesmen prosił go o załatwienie pracy córce, "bo się dziewczyna marnuje", a Drzewiecki skwapliwie się tego podjął, to dlaczego miałby nie prosić go o usunięcie dopłat? Byłoby to logiczne, skoro w tym samym czasie Sobiesiak naciskał w tej sprawie na innego polityka PO Zbigniewa Chlebowskiego. Decyzja Drzewieckiego o wycofaniu się z dopłat następuje kilka tygodni po wizycie Sobiesiaka w domu ministra w Łodzi.
Trudno wreszcie uwierzyć Drzewieckiemu, gdy mówi, że Chlebowski nie kontaktował się z nim w sprawie dopłat. Sam Chlebowski przyznał, że "luźne rozmowy" były. A wiceminister finansów Jacek Kapica stwierdził, że w kwietniu lub w maju 2009 r. Chlebowski "chyba skierował sugestię" do niego, że resort sportu wycofa się z dopłat.
To są poszlaki, ale układają się w logiczny łańcuch, który obciąża Drzewieckiego. Wyjaśnienia ministra są mętne, a niekiedy pozbawione sensu.
Najbardziej prawdopodobna wersja wydarzeń jest taka: Sobiesiak i Chlebowski przekonali Drzewieckiego, że dopłaty są złe. Drzewiecki nie chciał się przyznać, że rezygnuje z nich pod wpływem lobbingu branży, i wymyślił bzdurny pretekst.
Nie ma dowodów, że popełnił przestępstwo. Ale na pewno sprzeniewierzył się przysiędze, jaką składał, obejmując urząd. Miał dbać o "dobro Rzeczypospolitej i pomyślność obywateli", a nie o pomyślność obywatela Sobiesiaka.
Premier powinien zdymisjonować ministra Drzewieckiego, nie patrząc na to, że sprawnie zarządza projektem
Euro 2012. Minister to skarbnik PO, od lat jeden z najbliższych współpracowników Donalda Tuska. Sprawa hazardowego lobbingu obciąża go bardziej niż Chlebowskiego, który sam się zawiesił jako szef klubu PO i zapowiedział rezygnację z przewodniczenia sejmowej komisji finansów.
Opozycja już dziś próbuje obciążyć Tuska odpowiedzialnością za hazardowy lobbing. Będzie to na pewno jeden ze sztandarów kampanii
PiS i
SLD przed nadchodzącym maratonem wyborczym 2010-11. Jeśli Donald Tusk nie odetnie się szybko od wszystkich bohaterów tej sprawy i do końca jej nie wyjaśni, będzie to duże obciążenie dla Platformy i jej przyszłego kandydata na prezydenta.
Dziwne, że minister Drzewiecki tego nie rozumie.