W tej chwili wszystkie światła są skierowane na Polskę. Pan prezydent Kaczyński obiecał przecież, że wkrótce po ogłoszeniu wyniku referendum w Irlandii podpisze traktat. W Europie wszyscy oczekują, że stanie się to w przeciągu kilku dni. Rząd apeluje o to do prezydenta - mamy nadzieję, że tak właśnie się stanie.
Byłoby dla Polski fatalnie, gdyby każde spotkanie dotyczące spraw europejskich zaczynało się pytaniem: "Kiedy prezydent Kaczyński podpisze traktat lizboński?". Ten temat trzeba jak najszybciej zamknąć.
Podpis prezydenta jest potrzebny także po to, by wzmocnić pozycję Polski w różnych negocjacjach i rozgrywkach, które nas czekają, np. dotyczących polityki energetycznej. A to będzie rozstrzygane już na szczycie UE pod koniec października.
Nie obawiałbym się o los traktatu w Wielkiej Brytanii po ewentualnym dojściu do władzy konserwatystów w 2010 r. Spekulacje o brytyjskim referendum to przedwyborcza
gra Partii Konserwatywnej. Gdyby torysi doszli do władzy, bardzo szybko przekonają się, że nie warto być w narożniku Unii Europejskiej. Myślę, że takie też przesłanie usłyszą od swych przyjaciół w Waszyngtonie. Będą więc chcieli się znaleźć w samym sercu procesów decyzyjnych w Europie.
Nie chciałbym wypowiadać się na temat kandydatury Tony'ego Blaira na przewodniczącego Rady Europejskiej, o czym spekulują europejskie media. Nie ma powodu, aby na tym etapie Polska deklarowała poparcie dla któregokolwiek z kandydatów. Mogą się pojawić inne kandydatury. Najpierw poczekajmy na zakończenie ratyfikacji traktatu.