http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Teraz możesz już działać, Unio!

Jacek Pawlicki
2009-10-05, ostatnia aktualizacja 2009-10-04 16:29

Zaklinanie Lizbony było wygodnym parawanem, za którym unijni przywódcy ukrywali brak prawdziwej debaty o przyszłości Unii. Teraz przyszedł czas na czyny

Tak cieszyli się w sobotę przed dublińskim zamkiem zwolennicy
Fot. PETER MORRISON AP
Tak cieszyli się w sobotę przed dublińskim zamkiem zwolennicy "tak"
Choć traktat lizboński nie rozwiąże wszystkich problemów Unii, irlandzkie "tak" kończy okres uciekania Europy przed wieloma wyzwaniami pod pretekstem porządkowania własnego domu.

Na razie pławimy się w sukcesie. I słusznie. Bo w irlandzkim referendum chodziło o coś więcej niż o traktat. Stawką był image Europy na świecie, jej zdolność do posuwania się do przodu, do dalszego integrowania się, do radzenia sobie w sytuacjach kryzysowych.

Dlatego znaczenie "tak" jest ogromne. Poza wzmocnieniem europejskiego morale Unia pokazała światu, że mimo wielu ograniczeń i demokratycznych pułapek (irlandzkie referendum, w którym 3 mln decydowały o losie pół miliarda ludzi, było taką pułapką), jest w stanie działać.

Problem w tym, że od 20 lat Unia kręciła się wokół siebie, przyjmując traktat za traktatem, reformując się i zmieniając instytucje. W tej instytucjonalnej krzątaninie zgubiło się to, co najistotniejsze - budowanie wspólnoty politycznej i umacnianie ważnego czynnika integracyjnego, który nazwałbym sensem bycia razem. Każdy kryzys wywołany odrzuceniem - najpierw traktatu konstytucyjnego w 2005 r. we Francji i w Holandii, potem lizbońskiego w Irlandii w 2008 r. - był pretekstem do zahamowania tempa integracji czy też zamrożenia procesu rozszerzenia. Europa kurczyła się w sobie.

Straciliśmy na to wiele czasu. Traktat lizboński wieńczy bowiem proces reformy wewnętrznej, która zaczęła się w grudniu 2001 r. od przyjęcia deklaracji z Laeken! Przez osiem lat na świecie zmieniło się wiele - Zachód zaangażował się w wojnę w Afganistanie i Iraku, Europą wstrząsnęły zamachy w Londynie i Madrycie, na mapie Europy pojawiło się nowe państwo Kosowo, Rosja najechała Gruzję.

Europa także się zmieniła (choćby rozszerzyła na wschód), ale nie aż tak bardzo, jak wymagałyby okoliczności. Po porażce referendów w sprawie traktatu konstytucyjnego we Francji i w Holandii cztery lata temu energia Europy poszła na zastąpienie konstytucji nowym dokumentem, który w grudniu 2007 w Lizbonie został nazwany traktatem lizbońskim. Niestety, stał się on szybko fetyszem - ilekroć pojawiał się problem, europejscy politycy odpowiadali: gdybyśmy mieli już traktat lizboński, to można by sobie lepiej poradzić.

Zaklinanie Lizbony było wygodnym parawanem, za którym przywódcy ukrywali też brak prawdziwej debaty o przyszłości Unii: •  o tym, czy i jak ma się dalej rozszerzać (czego Niemcy i Francja nie chcą), •  czy ma być bardziej międzyrządowa (właściwie to już jest - bo stolice narzucają brukselskim instytucjom rozwiązania), •  czy jest w stanie wspólnie stawiać czoła wyzwaniom globalnym (kłopoty z negocjacjami w sprawie redukcji emisji gazów cieplarnianych pokazują, że nie bardzo).

Niestety, ta właściwa debata jeszcze się nie odbyła i wejście w życie nowego traktatu niewiele zmieni. By np. zdecydować ostatecznie, że mimo wielu znaków zapytania w Unii jest miejsce dla Turcji, Ukrainy, Białorusi, czy że należy otworzyć się na imigrację, trzeba woli politycznej. Tej zaś nie zapisze się w traktacie.

A jednak traktat lizboński daje przywódcom narzędzia, by wzmocnić pozycję Unii na świecie i usprawnić działanie jej instytucji. Wkrótce zostanie wybrany nowy przedstawiciel ds. polityki zagranicznej i stały przewodniczący Rady Europejskiej. Oba urzędy będą musiały się dotrzeć z innymi instytucjami, ale wszyscy zakładają, że Europie wyjdzie to na dobre.

Traktat sprawi, że decyzje będą zapadały sprawniej choćby dlatego, że stolice utracą prawo do weta w ok. 50 obszarach, w tym kwestii migracji i w sprawach wewnętrznych. Wzmocniona zostanie rola Parlamentu Europejskiego, który będzie miał wpływ na unijny budżet.

Większy wpływ na prace Unii będą mieli obywatele - jeśli milion ludzi poprze jakąś inicjatywę, unijne instytucję będą musiały ją podjąć. Po raz pierwszy w historii Unii traktat daje furtkę do wystąpienia z Unii tym krajom, którym integracja nie będzie odpowiadać.

Zakładając, że prezydenci Polski i Czech podpiszą traktat, a przywódca brytyjskich konserwatystów nie zorganizuje referendum po prawdopodobnym zwycięstwie torysów w wyborach, od stycznia 2010 r. zacznie się odliczanie. Unijni przywódcy nie będą już mieli na kogo zwalić winy za to, że czegoś nie zrobili albo że zrobili na pół gwizdka.

Pierwszym testem sprawności Unii pod nowym traktatem będzie rozszerzenie. Prezydent Francji Nicolas Sarkozy i kanclerz Merkel mówili, że bez Lizbony dalsze rozszerzenie nie jest możliwe. Teraz, gdy wejście w życie traktatu jest niemal pewne, będą musieli zdjąć nogę z hamulca. A w kolejce do Unii stoją Chorwacja, Islandia, Turcja, Serbia, Czarnogóra, Macedonia, Bośnia i Hercegowina, Kosowo. W 2010 r. wniosek o członkostwo w UE chce złożyć Ukraina, wcześniej czy później zrobi to też Białoruś czy Mołdawia.

- Irlandzkie "tak" otwiera drzwi do Europy, w której jest miejsce dla wszystkich europejskich narodów, także z zachodnich Bałkanów - skomentował werdykt Irlandczyków szef serbskiej dyplomacji Vuk Jeremic. Europejscy przywódcy muszą wywiązać się z danej Bałkanom obietnicy i przyjmując wszystkie tamtejsze kraje do UE, zakończyć proces jednoczenia kontynentu. Jeśli tego nie zrobią, stracą wiarygodność w oczach Bałkanów i świata.

Kolejnym testem będą międzynarodowe negocjacje w sprawie redukcji emisji gazów cieplarnianych. Czasu jest niewiele, bo nowe porozumienie ma być zawarte podczas klimatycznego szczytu w Kopenhadze w grudniu. Wzmocniona perspektywą Lizbony Unia powinna wykazać się prawdziwym przywództwem, zaoferować państwom mniej rozwiniętym godziwą pomoc finansową w zamian za obietnice redukcji emisji.

Dla nas najważniejszym sprawdzianem lizbońskiej Europy będą negocjacje dotyczące nowego budżetu Unii po roku 2014-19. Silna, rozszerzająca się Unia nie może mieć skąpego budżetu. Tymczasem można oczekiwać, że Niemcy, Wielka Brytania czy Francja będą chciały ograniczyć wydatki, wyznaczając jednocześnie nowe zadania dla UE. My i inni nowicjusze w UE musimy przypominać, że silnej Europy nie zbuduje się za grosze.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':